poniedziałek, 2 września 2019

Ocean Stories, broszka

Nigdy nie miałam do czynienia z wielką wodą, nie licząc potężnej ulewy wiele lat temu, która zastała mnie w drodze do domu. Mało nie utonęłam. Bałtyk widziałam krócej niż pół godziny, a że była już jesień, to nie odważyłam się zamoczyć w nim stopy. Zresztą nie wiem, czy i w sezonie chciałabym wchodzić doń jakąkolwiek częścią mojego ciała, bo wyglądał mało higienicznie. Tak więc niedane mi było zgłębić arkana wielkich akwenów. Nigdy nie widziałam rozgwiazdy, ani nawet większej muszli w ich naturalnym środowisku.

Do stworzenia tej broszki musiała mi wystarczyć wyobraźnia i Google. Mimo braku znajomości tematu motyw morski bardzo przypadł mi do gustu, gdy tylko usłyszałam o 10 inspiracji do kalendarza Royal Stone na 2020 rok - Muszle i Rozgwiazdy.


Oczami wyobraźni zobaczyłam rozgwiazdę wyłaniającą się z muszli. Ot cała historia mojej interpretacji. Rozrysowałam projekt i przeniosłam na filc. Potem pomyślałam, że fajnie byłoby nadać broszce trochę wypukłości i nieoczywistych kolorów. Bo czemu by nie.


Miałam akurat pasujące kolory, co jest rzadkością, bo zawsze wymyślam mało realne projekty. Problemem okazał się rozmiar koralików. Preciosa, bo jej użyłam, nie ma piętnastek w tych kolorach, posiłkowałam się więc 12o i 11o. 

Ostatecznie wyszło całkiem ok, zwłaszcza na rozgwieździe. Na muszli poszalałam z kryształkami, by złagodzić satynowy połysk koralików i nadać broszce "morskości". 

Brzegi broszki obszyłam koralikami Toho w dwóch rozmiarach, a tył podszyłam sztucznym zamszem Ultrasuede. Wcześniej usztywniłam ramiona drucikami, szkoda by było, żeby złamały się podczas noszenia, o co nie tak trudno.

Broszka jest średniej wielkości i dość lekka. Mogłoby się wydawać, że tyle szkła, to musi być straszny klamot, a tu niecałe 14 gramów.


A tak prezentuje się na człowieku w wyjątkowo upalny dzień.


Poniżej z pozostałymi pracami stworzonymi na tegoroczny konkurs. Miałam nawet krótką chwilę wahania, czy jest sens szyć coś, co głównie z racji swojej niepozorności nie ma szans na podium i wtedy przez myśl przeszła mi okazała kolia pełna przepychu i syrenich ogonów, ale ostudziłam zapędy bryzą rozsądku. Po co mi kolejna kolia, co prawda Blue Flowers czasami zakładam na większe wyjście, ale gdzie ja będę "bywać" w muszlach?

Stanęło na broszce, bo broszki lubię i chętnie noszę, nawet taką rozgwiazdę w muszli.

Co prawda nie wybieram się nad morze, co najwyżej nad rzekę przy kolejnej wizycie we Wrocławiu, ale kto mi zabroni wyjść w niej na spacer po dzielni ;)


Jeśli moja broszka wam się podoba, zagłosujecie na nią w albumie konkursowym --> KLIK



Zachęcam też do komentowania i zostawiania serduszek, kciuków i uśmiechów przy pracach, które wpadną wam w oko, twórcom na pewno będzie miło.

Miłego września!

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Kotek Błyskotek, przypinka

Rzadko robię przypinki, a to naprawdę wdzięczna odmiana broszki. Świetnie sprawdzi się na szalu, czy w klapie płaszcza, pod warunkiem, że nie jest zbyt okazała. Szpilka lubi lekkie formy, a ten kotek do takich należy.


Przypinka jest niewielkich rozmiarów, przez co jest też niesamowicie lekka.

Wyhaftowałam ją głównie satynowymi 2-cut od Preciosy oraz kryształkami Swarovskiego, gdyż tylko one mały odpowiedni odcień, a kotek miał być szary. 

Koraliki niesamowicie błyszczą w świetle. Dla kontrastu podszyłam broszkę żółtym Ultrasuede.

Na koniec tego krótkiego wpisu zdjęcie "rodzinne".

Mam nadzieję, że kotek przypadł wam do gustu, wiem, że wiele z was to kociary ;)

Pozdrawiam ciepło!

sobota, 20 lipca 2019

Blue Flowers, kolia

Niebieskie kwiatki z mojej kolii to niezapominajki, jednak śmiało można by je nazwać prawdziwymi surwiwalowcami, albo górskimi wojownikami. W przeciwieństwie do odmiany uprawianej w ogródkach, ich wysokogórscy bracia są narażeni na silny wiatr, niskie temperatury, kiepskie podłoże i nierzadko na zachłannych turystów. Nie jest łatwo być niebieskim, z pozoru kruchym kwiatkiem, na górskiej skale. 
Moja kolia jest propozycją do ósmej inspiracji konkursu Royal Stone kalendarz 2020. Szyjąc ją czułam się jak te drobne kwiatki - słaba i prawie pokonana, ale dałam radę ;)

W tym roku postanowiłam podejść do konkursu bez stresu, uczestnicząc tylko w tych tematach, które naprawdę czuję. Niezapominajkę poczułam. Miałam prawie trzy tygodnie na pracę i wszystkie potrzebne materiały, co pomogło mi dodatkowo zaoszczędzić na czasie, więc cóż mogło się nie udać ;). Ostatecznie kończyłam szycie w niedzielę przez poniedziałkowym deadlinem, samej będąc prawie dead.

Najpierw wypadł remont, potem kilka nieplanowanych wyjazdów, a na dokładkę łokieć golfisty (i pomyśleć, że nigdy nie uprawiałam sportu). Kłopoty w poruszaniu ręką nadwyrężyły mi staw  mostkowo - żebrowy, przy bólu którego nawet armia golfistów to pikuś. Normalny człowiek rzuciłby w kąt robotę i pogrążył w bólu przy akompaniamencie wiertarek, jednak ja miałam trzy czwarte kolii i myśl o odpuszczeniu bolała bardziej, niż wszystkie stawy razem wzięte wraz z koniecznością słuchania niepoprawnej polszczyzny gwałconej bluzgami robotników za oknem.

Ból powoli mija, głównie dzięki mojej rehabilitantce oraz ulotnieniu się ekipy od remontu, kolia skończona, a ja wreszcie mam czas poleżeć. W końcu jest lato, wakacje - warto by się w końcu zrelaksować.

Za punkt centralny obrałam duży plaster agatu o głębokiej fioletowo-granatowej barwie. Obszyłam go koralikami Toho Treasure Antique Bronze.

Agatowi towarzyszą drobne kwiatki wyszyte piętnastkami od Toho i Preciosą.


Na tło wybrałam czerń, która podbija kolor niezapominajek i nawiązuje do twardego podłożą, na którym rosną. Zapięcie jest magnetyczne, a towarzyszą mu fasetowane kuleczki onyksu na supełkach.

Tył podszyłam granatową skórą o wygniecionej fakturze, na którą zdecydowałam się ze względu na piękny kolor. W planach miałam jeszcze niezapominajkowe kolczyki z chwostami, ale zużyłam wszystkie niebieskie koraliki w kolorze cornflower.


Cała tegoroczna kolekcja konkursowa, być może dołączę coś jeszcze, jeśli tylko łokieć pozwoli mi szyć. Zostały jeszcze 4 inspiracje.

I na mnie. Leży naprawdę dobrze i przyjemnie się ją nosi.


Jeśli macie ochotę oddać na nią głos, będzie mi nieopisanie miło --> KLIK Nie zapomnijcie zerknąć na inne prace, są naprawdę niesamowite.


Pozdrawiam ciepło!


środa, 12 czerwca 2019

Mr. Whale, broszka

Wielorybia broszka chodziła za mną od kilku lat, ale zadziała się prokrastynacja i te sprawy... Nie wyrobiłam się, a ponieważ to ozdoba w letnich klimatach, jakoś nie czułam weny zimą czy jesienią. Jednak nastały upały i ruszyło mnie sumienie, bo bardzo nie lubię mieć rozgrzebanej roboty aż tak długo. Szablon leżał od dwóch lat i smutno na mnie łypał za każdym razem, gdy otwierałam teczkę z projektami.

Jak już zaczęłam szyć, poszło szybko, poza ostatnim etapem - obszywaniem brzegów. Nie potrafiłam zdecydować się co do koloru i w konsekwencji prułam trzy razy. Stanęło na srebrze. Jest trochę nudno jak na mój gust, ale spójnie. Nie mniej od upału doskwierają mi ograniczenia kolorystyczne w koralikach :( 

Pierwotnie miał to być milutki kaszalot w tradycyjnym stylu, ale ostatecznie przekonał mnie geometryczny projekt origami. Kolekcja się rozrasta. (klik, klik, klik)

Zdecydowałam się na srebrne kontury (Toho Nickel), bo mają w sobie "chłód", którego ostatnio bardzo mi potrzeba. Upały nie są dla mnie. 


Wielorybie ciało to mieszanka satynowych i transparentnych koralików w błękitach, a także spora ilość kryształków. Dzięki nim mój zwierz błyszczy się, jakby dopiero co wyszedł z wody.

Za to paszcza to perły - dla kontrastu. Ta długa biwa leżała u mnie kilka lat i nareszcie znalazła swój  życiowy cel. Reszta to zbliżone kolorem perły hodowane i kilka szklanych 2 mm. Każda unikatowa i tylko w jednym egzemplarzu. Celowo nie uzupełniłam luk koralikami, chciałam, by było trochę "surowo".

Tył podszyłam beżowym Ultrasuede i zamontowałam zapięcie z zabezpieczeniem.

Broszka, chociaż przedstawia wieloryba, wcale nie jest wielka.


Na pewno będzie mi pasowała do lnianego żakietu, ale tego dnia było na niego za gorąco, a broszkę wpięłam w sukienkę tylko na potrzeby tego zdjęcia. 

Co myślicie o tym stworze, sprawił że chociaż trochę się ochłodziło?


Może choć na chwilę spadnie deszcz, czego i wam życzę.
Pozdrawiam!

poniedziałek, 27 maja 2019

Bad Dog, broszka

Mam ogromną słabość do psów. Gdybym musiała określić, czy jestem team kociara, czy team psiara, zdecydowanie wybrałabym drugą drużynę.

Ze trzydzieści lat temu trafił do nas piesek, który został na ponad dekadę, chociaż miał pobyć w rodzinie, dopóki nie znajdziemy właściciela. Moi rodzice byli przeciwni posiadaniu zwierząt, które wymagają opieki i zaangażowania, bo często nie było nas w domu. Praca, szkoła, wyjazdy. Świnki morskie z klatką można zawsze było podrzucić familii, z psem nie jest już tak łatwo. Z tych samych powodów sama nie decyduję się na czworonoga, chociaż wzdycham do każdego mijanego na ulicy. Niemniej tamta sunia, zabiedzona, niespełna roczna kundelka-przybłęda tak nas chwyciła za serca, że nawet moja zatwardziała w temacie rodzicielka dała się uwieść. To już na zawsze był jej pies, w każdym razie tylko ją uważał za swoją pańcię ;)
To był bardzo mądry, szybko uczący się i kochany czworonóg, czasami sobie go wspominam z rozrzewnieniem.

A broszka to piesek, jak widać, chociaż w niczym nie podobny do mojego.  To raczej typ małego rozrabiaki, który głośno szczeka i uwielbia popołudniowe drzemki.

Zastanawiałam się, dlaczego nie zrobiłam jeszcze psiej broszki i żadna wymówka nie przyszła mi do głowy. Bo to przecież niesamowicie wdzięczny temat, szczególnie na broszkę. 



Zdecydowałam się na motyw origami, który bardzo lubię, a za szablon do mojego projektu posłużyła mi psia ikonka autorstwa Agne Alesiute. Ikonki można ściągnąć za darmo, po zalogowaniu się w serwisie. Wcześniej korzystałam z tradycyjnych, papierowych składanek, ale żadna nie wyglądała dobrze. 

Broszka jest średniej wielkości ma około 6,5 na 7 cm w najszerszych miejscach. Wyszyłam ją czarnymi koralikami i kryształkami, za kontury obierając metaliczny efekt jaki dają Toho Antique Bronze.

Tył podszyłam brązowym Ultrasuede.


Świetnie spasował się z jedną z moich ulubionych broszek. 

Z resztą rodziny też się dogaduje, chociaż najbardziej lubi biegać pośród zieleni. Wiadomo, jak to pies ;)

Na koniec wielkie podziękowania za wszystkie miłe słowa, lajki i wiarę w moją biedronkę.  Melduję, że owad wraz z zaroślami zajął II miejsce i chociaż nie rozsiądzie się na całej kartce w kalendarzu, a jedynie na jej kawałku obok innych laureatów, to jest to też miłą wiadomością, gdyż sąsiedztwo będzie miał zacne.



Pozdrawiam ciepło!

PS. Piesek jest na sprzedaż. Szczegóły w sklepiku --> KLIK

poniedziałek, 20 maja 2019

Ladybug, kolia

Ladybug, czyli biedronka w zaroślach, to moja kolejna propozycja na konkurs Royal Stone - Kalendarz 2020. Tematem piątej inspiracji do kalendarza biżuteryjnego jest właśnie biedronka. Sympatyczne stworzenie i jedno z nielicznych z królestwa owadów, na widok którego nie uciekam z krzykiem i obrzydzeniem. Fobie to nic fajnego. Niemniej w biżuterii toleruję wszelkie potwory :) 

Korzystając z pomyślnych wiatrów w postaci odrobiny wolnego czasu, postanowiłam zrobić coś większego niż broszka. Pod koniec niemal żałowałam swojej decyzji, bo ledwo wyrobiłam się w terminie. Praca okazała się bardziej pracochłonna niż zakładałam. 

Biedronka pojawiła się u mnie trzy lata temu, wydała mi się wdzięcznym tematem na broszkę, którą, nawiasem mówiąc, nadal noszę.

Nie chciałam powtarzać rozwiązań zastosowanych w tamtej broszce, bo i byłoby to mało twórcze i niezbyt eleganckie z mojej strony, bo to w sumie autoplagiat. Wybrałam więc "namalowanie" biedronki koralikami. Chcąc zachować paletę kolorystyczną ze zdjęcia inspiracji konkursowej, dodałam źdźbła trawy, odrobinę bieli, czerni i złota.

Od kilku lat kombinowałam, co by zrobić z tego plastra agatu i wreszcie znalazł zastosowanie ;) Niestety po fakcie zorientowałam się, że ma rysę :( Nie pamiętam, czy już taki był, czy ja go skrzywdziłam. Jeśli macie jakieś magiczne sposoby na pozbycie się tego feleru, jestem otwarta na wasze sugestie.

Obszyłam go cylindrycznymi koralikami w kolorze Antique bronze i doszyłam pikotki. Chciałam, by było prosto i bez kombinowania.


Do koloru agatu dobrałam pasujące koraliki i wyszyłam trawę. Oczywiście niemożliwością jest znaleźć identyczne odcienie, dlatego trochę "oszukałam" podkolorowując podkład, by podbić barwę kryształków. Zdjęcie z procesu powstawiania znajdziecie na moim Instagramie.



Ostatnim elementem w moim projekcie były białe akcenty. Jakoś nie miałam na nie pomysłu, a czułam, że powinny być, skoro są na zdjęciu. Przypomniałam sobie o małych szklanych kaboszonach z nieistniejącego już sklepu BeadBeauty, które robiła pani Iza. To moje ostatki tych ślicznych maleństw. Próbowałam wydobyć ich wyjątkowość na zdjęciu, ale nie udało mi się. Na żywo wyglądają jak kropelki rosy.


Na koniec zamontowałam zapięcie. Ma ono formę koralikową. Do głównego elementu przyszyłam supełkowe sznury fasetowanego korala i dorobiłam zapięcie magnetyczne. Jest wygodnie i praktycznie.

Zdecydowałam się na czerwone końcówki, by nieco zrównoważyć całość i nawiązać do biedronki.

Lubię takie rozwiązanie, dlatego często po nie sięgam, niezależnie od koloru oczywiście. Ładnie układa się na karku i nie uwiera, a ja cenię sobie wygodę.


Tył podszyłam naturalną skórą w kolorze czarnym.

Pomiędzy filcem i skórą umieściłam cienką tekturkę, dzięki czemu kolia lepiej układa się na ciele.


Na koniec zdjęcie rodzinne z całą dotychczasową drużyną konkursową.


Jeśli macie ochotę, będzie mi bardzo miło, gdy oddacie głos na moją pracę w albumie konkursowym --> klik  Głosowanie trwa do 24 maja.


Pozdrawiam ciepło!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...