poniedziałek, 20 maja 2019

Ladybug, kolia

Ladybug, czyli biedronka w zaroślach, to moja kolejna propozycja na konkurs Royal Stone - Kalendarz 2020. Tematem piątej inspiracji do kalendarza biżuteryjnego jest właśnie biedronka. Sympatyczne stworzenie i jedno z nielicznych z królestwa owadów, na widok którego nie uciekam z krzykiem i obrzydzeniem. Fobie to nic fajnego. Niemniej w biżuterii toleruję wszelkie potwory :) 

Korzystając z pomyślnych wiatrów w postaci odrobiny wolnego czasu, postanowiłam zrobić coś większego niż broszka. Pod koniec niemal żałowałam swojej decyzji, bo ledwo wyrobiłam się w terminie. Praca okazała się bardziej pracochłonna niż zakładałam. 

Biedronka pojawiła się u mnie trzy lata temu, wydała mi się wdzięcznym tematem na broszkę, którą, nawiasem mówiąc, nadal noszę.

Nie chciałam powtarzać rozwiązań zastosowanych w tamtej broszce, bo i byłoby to mało twórcze i niezbyt eleganckie z mojej strony, bo to w sumie autoplagiat. Wybrałam więc "namalowanie" biedronki koralikami. Chcąc zachować paletę kolorystyczną ze zdjęcia inspiracji konkursowej, dodałam źdźbła trawy, odrobinę bieli, czerni i złota.

Od kilku lat kombinowałam, co by zrobić z tego plastra agatu i wreszcie znalazł zastosowanie ;) Niestety po fakcie zorientowałam się, że ma rysę :( Nie pamiętam, czy już taki był, czy ja go skrzywdziłam. Jeśli macie jakieś magiczne sposoby na pozbycie się tego feleru, jestem otwarta na wasze sugestie.

Obszyłam go cylindrycznymi koralikami w kolorze Antique bronze i doszyłam pikotki. Chciałam, by było prosto i bez kombinowania.


Do koloru agatu dobrałam pasujące koraliki i wyszyłam trawę. Oczywiście niemożliwością jest znaleźć identyczne odcienie, dlatego trochę "oszukałam" podkolorowując podkład, by podbić barwę kryształków. Zdjęcie z procesu powstawiania znajdziecie na moim Instagramie.



Ostatnim elementem w moim projekcie były białe akcenty. Jakoś nie miałam na nie pomysłu, a czułam, że powinny być, skoro są na zdjęciu. Przypomniałam sobie o małych szklanych kaboszonach z nieistniejącego już sklepu BeadBeauty, które robiła pani Iza. To moje ostatki tych ślicznych maleństw. Próbowałam wydobyć ich wyjątkowość na zdjęciu, ale nie udało mi się. Na żywo wyglądają jak kropelki rosy.


Na koniec zamontowałam zapięcie. Ma ono formę koralikową. Do głównego elementu przyszyłam supełkowe sznury fasetowanego korala i dorobiłam zapięcie magnetyczne. Jest wygodnie i praktycznie.

Zdecydowałam się na czerwone końcówki, by nieco zrównoważyć całość i nawiązać do biedronki.

Lubię takie rozwiązanie, dlatego często po nie sięgam, niezależnie od koloru oczywiście. Ładnie układa się na karku i nie uwiera, a ja cenię sobie wygodę.


Tył podszyłam naturalną skórą w kolorze czarnym.

Pomiędzy filcem i skórą umieściłam cienką tekturkę, dzięki czemu kolia lepiej układa się na ciele.


Na koniec zdjęcie rodzinne z całą dotychczasową drużyną konkursową.


Jeśli macie ochotę, będzie mi bardzo miło, gdy oddacie głos na moją pracę w albumie konkursowym --> klik  Głosowanie trwa do 24 maja.


Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Spring Bunny, broszka

Wiosenny króliczek pojawił się już na blogu, miał jednak w sobie sporo cukierkowego różu, a ja wolę niebieski. Szybko znalazł nowy dom, a ja zostałam sama. Już wtedy wiedziałam, że zrobię sobie podobnego w kolorach, które lubię, ale jak to u mnie bywa, upłynęło sporo czasu od pomysłu do realizacji. 
Zwłoka w wykonaniu ostatecznie wyszła króliczkowi na dobre, bo dorobiłam się okularów, przez co lepiej widzę i chyba ręka bardziej mi się wprawiła, bo koraliki jakby prościej przyszyte ;)

Tak czy inaczej zdążyłam do Wielkanocy i tym sposobem mogłam przypiąć broszkę na rodzinne, świąteczne spotkanie.

Broszka jest kontrastowa i wyrazista dzięki czarnym konturom. Bardzo kusiło mnie, by zrobić ją na szaro w całości i być może kiedyś wrócę do tego zamysłu. 

Kontury wyszyłam Preciosą w rozmiarze 12o i przyznać muszę, że dużo lepiej sprawdziła się niż Toho 11o, to taki protip, gdybyście mieli jakieś wątpliwości, co do używania tych koralików w hafcie. A do wypełnienia użyłam w zasadzie wszystkiego łącznie z NihBeads, które chociaż krzywe, to mają piękne kolory.

Tył podszyłam szarym Ultrasuede.

Broszka jest średniej wielkości i jak na razie noszę ją w klapie żakietu lub trencza.

I tradycyjne zdjęcie rodzinne, chociaż cała familia się nie załapała.

I ja. Próbowałam zrobić jakąś godną minę, ale mąż mnie rozśmieszał, tak czy inaczej, króliczek nosi się bardzo przyjemnie ;)


Pozdrawiam ciepło!

sobota, 13 kwietnia 2019

Feather, broszka

Mam tak, że gdy się uprę, czy bardzo do czegoś zapalę, czyli ogromnie czegoś chcę, oznacza to zwykle, że muszę to mieć zaraz, jak najszybciej. W kwestii zakupowej nie zawsze dobrze się to kończy, najczęściej rozczarowaniem, bo co nagle, to po diable. W sferze handmade, a więc mojej koralikowej niszy, przekłada się to na wielogodzinne machanie igłą bez jakichkolwiek znamion rozsądku z mojej strony. Palce czasami odmawiają posłuszeństwa, ale ja potrzebuję broszki na jutro i nie ma zmiłuj.

Potrzebowałam piórkowej broszki. Na jutro. Zrobiłam. Odpowiednia motywacja czyni cuda i ból stawów ;)

Motyw pióra już od bardzo dawna był na mojej liście "do zrobienia", nie byłam tylko przekonana co do kolorów, jakich chcę użyć.


Padło na czerń, szarość i topaz w towarzystwie złota, bo takie kolory pasowały mi do sweterka. Sam motyw nie jest odkrywczy, widziałam mnóstwo piór wyszytych koralikami choćby na Pintereście. Zależało mi tylko, by nie powtarzać cudzych pomysłów i zrobić coś tylko mojego. Łatwo nie było.

Zapewne kolejną broszkę tego typu zrobię nieco inaczej i może w niebieskościach, kto wie. Od kiedy mam okulary, lepiej widzę koraliki i chętniej po nie sięgam ;)

Tył broszki podszyłam naturalną skórą i zamontował zapięcie w miedzianym kolorze. Trochę z braku laku, bo pokończyły mi się wszystkie "lepsze" bazy broszek i kombinuję teraz jak mogę, bo sklepy mają obecnie ten sam problem i kupić się nie da.


Broszka miała już kilka wyjść, raz o mało jej nie zgubiłam, co było moją winą (zapominam o zapinaniu tego dynksa przy szpilce), ale na szczęście sytuacja została w porę uratowana.


Robienie sobie selfików na dworze, gdzie nie trudno o przechodniów, jest wyjątkowo stresującym zajęciem, dobrze chociaż, że to było daleko od domu ;) Ale i tak czułam się jak niespełna rozumu.

Na koniec zdjęcie z ptasią rodziną (klik, klik, klik), w końcu to pióro jakiegoś ptaszora ;) 
Mam nadzieję, że broszka przypadła wam do gustu.

Pozdrawiam was wiosennie!

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Grinda, chusta

Należę do tego typu ludzi, którzy źle się czują, gdy nie mają nic do roboty i nie mam tu na myśli ciężkiej harówki typu przerzucanie żwiru. Ja potrzebuję mieć zajęte ręce i/lub umysł. Nie potrafię tylko leżeć oglądając telewizję, ani nie mieć ułożonego planu dnia poprzedniego wieczora. Gdy zdarza mi się chwila bez zajęcia, czytam, gdy jest za ciemno na koraliki, robię na drutach. 

Staram się jednak, głównie z powodu kurczącego się miejsca w szafie, by moje udziergi były przemyślane, ale oczywiście czasami daję się ponieść chwili. Tak było z tą chustą. 


Dostałam na Gwiazdkę włóczkę od Scheppjes i chociaż nie miałam już robić chust, bo po co mi czwarta do kolekcji, to gdy zobaczyłam te kolory, od razu wiedziałam, że będzie chusta.

W oko wpadł mi popularny wzór Grinda autorstwa Tatsiany - Lilla Bjorn, nieodpłatnie dostępny tu (klik), w wersji rozbudowanej tu (klik).

Wzór nie jest skomplikowany, przyjemnie się go robi i dość szybko. Pewnie skończyłabym ją w jakieś 10 dni, gdy nie to, że trzy razy ją prułam. Jeden motek tej włóczki nie wystarczył na dokończenie schematu, a poza tym uznałam, że wolę większą chustę, więc i tak potrzebuję materiałów na dodatkową plisę. Musiałam dokupić włóczkę, tym razem mały jednokolorowy motek, którym przerobiłam moduł z serduszkami. Na szczęście kolory do siebie idealnie pasują.


Przerabiając motyw serc (po raz enty) doszłam do wniosku, że zmienię je odrobinę. Moje mają krateczkowe wnętrza, co ułatwiło i przyspieszyło dzierganie.

Chusta jest duża (200 cm na 100 cm), ale średnio grzeje, dlatego jest idealna na lato i ciepłą wiosnę. Miałam już ją na sobie i sprawdziła się idealnie, aczkolwiek nie jestem do końca przekonana, czy nie lepiej by było, gdybym zaczęła szydełkowanie z drugiej strony kłębka, od ciemniejszego gradientu. Jasna szarość przy twarzy nie do końca mi odpowiada. Na szczęście można ją motać i drapować jak się chce, co powinno w przyszłości rozwiązać problem :)
Mój mąż nie ma oka do obiektywu, więc lepiej nie będę wam pokazywać zdjęcia, na którym wyglądam jak pokemon, ale jeśli macie ochotę zobaczyć mnie w bardziej, nazwijmy to instagramowej wersji, to na blogu Royal-Stone jest krótki artykuł o mnie (klik).


SZCZEGÓŁY

włóczkaScheepjes Whirl kolor 773 Blackcurrant squeeze me (60% bawełna, 40% akryl) 1 motek 225 g - 1000 m i 1 motek Whirlette 100 g - 455 m w kolorze 865 Chewy.
szydełko: 3 mm.
wzór: Grinda MAL (z moimi zmianami)  Tatsiany z bloga Lilla Björn Crochet --> klik
rozmiar: 200 cm na 100 cm (mierzone podczas blokowania).

Pochwalę się jeszcze na koniec, że mój kaktusowy komplet otrzymał wyróżnienie w konkursie.


Pozdrawiam kwietniowo!

poniedziałek, 18 marca 2019

Cacti, broszka i kolczyki

Nie mam ręki do kwiatów. Zapewne trochę wstyd czynić takie wyznanie będąc kobietą, bo przecież my powinnyśmy być westalkami domowego ogniska, piastunkami życia i paniami domostw, a w każdym domu, wiadomo, kwiatki muszą być. No przynajmniej ten kaktus. Nie twierdzę, że u mnie nie ma zieleni, ale liche to mimo starań i raczej mało spektakularne. Mimo, że ogromnie podobają mi się lasy amazońskie w niektórych domach, mnie się nie udaje nic wyhodować. Nawet szczypiorek wczoraj dokonał żywota. Smutna to prawda. 

Skoro nie udaje mi się zapewnić domowi bujnej roślinności w doniczkach, to przynajmniej mogę ją sobie zrobić z koralików. Nie lubię sztucznych kwiatów, ale tu zrobiłam wyjątek. Co prawda głównie za przyczyną konkursu Royal Stone Kalendarz 2020, gdzie tematem drugiej inspiracji są "Sukulenty i kaktusy", ale zawsze.

Interpretacja tematu była zależna od zdjęcia i przedstawionej na nim kolorystyki, a więc zielenie, fiolety i brązy, reszta zależała od wyobraźni, a moja podpowiedziała mi kaktusy. W sumie nawet nie wiem czemu, nigdy nie miałam żadnych.

Tym razem postanowiłam zrobić komplet, bo wydało mi się, że sama broszka może wypaść nieco blado, za to małe kaktusowe stadko na pewno przykuje uwagę.


Do wyszycia kaktusów użyłam transparentnych i satynowych koralików różnej maści, a także kryształków. Prym wiodą tu satynowe zielenie od Preciosy, które super łapią światło.


Koraliki nie są przyszyte jakość idealnie, chciałam uzyskać efekt chaosu i bardzo nieregularną fakturę. Mój kaktus nie ma igieł, zastępują je świetlne refleksy. Te koraliki błyszczą się jak szalone. 

Szyfry są bardzo małe (3 cm a 2,5 cm) i szyte synchronicznie. Starałam się, by były w miarę identyczne, co nie jest łatwe.

Tyły podszyłam fioletowym Ultrasuede, które pasuje odcieniem do kwiatuszka na doniczce.

Kwiatek to motyw, który pojawił się u mnie przy okazji zeszłorocznego konkursu, wówczas wylądował na motylu.

Broszka nie jest bardzo duża, ma około 7,5 cm na 6 cm w najszerszych miejscach.


Zestaw nosi się przyjemnie, a kolczyków niemal nie czuć na uszach. Co prawda założyłam je tylko do zdjęcia, ale tak jak nie lubię nosić kolczyków, to mogłabym się do nich przyzwyczaić.

Poniżej zdjęcie rodzinne, które mam nadzieję się rozrośnie, bo tegoroczne inspiracje konkursowe są naprawdę ciekawe.

Zachęcam was do wzięcia udziału w głosowaniu w albumie konkursowym, znajdziecie tam wiele niesamowitych prac, w tym i mój kaktusowy komplet.

.

Mam nadzieję, że taka doniczkowa, biżuteryjna propozycja wam się podoba. Jeśli tak, to nie wahajcie się zostawić komentarz pod postem, albo w albumie konkursowym pod zdjęciem pracy.

Pozdrawiam wiosennie!



poniedziałek, 25 lutego 2019

Kingfisher, broszka

Jestem ewidentnie zakręcona na punkcie ptactwa, bo gdy Royal Stone ogłosił pierwszą inspirację tegorocznego konkursu na kalendarz 2020, to nie mogłam się oprzeć. Musiałam uszyć zimorodka, chociaż czułam, że będzie ich w albumie konkursowym całe stado i nie będę ani trochę oryginalna.

Niech na moją obronę przemawia fakt, że oczami wyobraźni od razu zobaczyłam puchatego ptaszka w klapie mojego płaszcza. Druga okoliczność jest taka, że w tym roku jest relatywnie mało czasu na wykonanie pracy konkursowej. W moim przypadku wyklucza to duże formy. Dlatego jeśli jakiś temat jeszcze przypadnie mi do gustu równie mocno co "Zimorodek", z pewnością będzie to broszka. 

Chcąc jednak dodać mojej interpretacji tego sympatycznego zwierza odrobiny indywidualizmu, sięgnęłam po puchate sztuczne futro i wszyłam je tam, gdzie normalnie byłyby koraliki.


To wręcz niesamowite, że ten kawałek tkaniny przeleżał u mnie ponad 20 lat, odkładany z pudła do pudła. Zawsze żal mi było pozbywać się tych futerek (mam ich więcej) i proszę, natura zbieracza wiedziała co robi ;)


Nie znam producenta, ale towar miał pierwsza klasa, nic nie wyblakło, nie wyliniało, nie uległo biodegradacji.


Mam pomyślne prognozy na dalsze lata dla zimorodka. 

Skrawki futerek powędrowały również na ptasią twarz. Reszta to kryształki i koraliki - głównie Preciosa.

Drugim nieoczywistym akcentem, w każdym razie jak na mnie, jest skrzydło 3D. Pierwszym i  jednocześnie ostatnim razem, gdy szyłam w ten sposób, powstała biedronka.


Skrzydełko można delikatnie odgiąć, chociaż nie ma to żadnego celu, ptak nie poleci. Na potrzeby demonstracji, podłożyłam pod skrzydło kryształek.


Niemniej jest to osobny element, podszyty skórą, obszyty koralikami itp.



W łapkach zimorodek trzyma kulkę śniegu. To oczywiście tylko kryształek obszyty koralikami, ale robi za zamarzniętą wodę i nieźle mu to wychodzi ;)


Tył wykończyłam niebieskim Ultrasuede i zamontowałam zapięcie. Czy wiecie może, gdzie można kupić dobrej jakości bazy do broszek w różnych rozmiarach? Ostatnio nie mogę znaleźć nic godnego uwagi. 


Broszka jest duża, chociaż to zawsze zależy od perspektywy i indywidualnych preferencji. W najszerszych miejscach (nie licząc dzioba) ma 10,9 cm na 4,6 cm i waży 17,73 g. Szerokość głowy z dziobem to 7 cm.

Jeszcze jej nie nosiłam, chociaż mam szczery zamiar, ale przymierzałam do kilku rzeczy i bardzo mi się podoba. Przez swoje gabaryty nie sprawdzi się na zwiewnych bluzeczkach, ale na grubym swetrze, czy płaszczu już tak.



Poniżej na wiskozowym żakiecie. 


I z torebką w podobnym kolorze ;) Dobrze, że się jej nie pozbyłam.



Na koniec na mnie, tak na szybko i mało naturalnie, bo na co dzień nie paraduję po domu w szalu. Niestety jestem kiepska w selfiki, bo albo mi broszkę ucinało, albo miałam zamknięte oczy ;) Tu brocha za bardzo wyszła na pierwszy plan i wydaje się wielgachna, ale grunt, że pasuje i da się nosić :)


***
Zdaję sobie sprawę z tego, że w albumie konkursowym są 124 inne prace, z który gros jest bardziej pomysłowa i oryginalna od mojej, sama trzymam kciuki za kilka z nich, ale jeśli macie ochotę, to oddajcie głos na moją broszkę KLIK. Łapki w górę, serduszka, uśmieszki i komentarze - wszystko mile widziane. 



Słowem zakończenia, lubię gdy moja biżuteria nadaje się do noszenia, a nie tylko oglądania w gablocie, ale łapię się na tym, że lubię jej dotykać - obracać w palcach, głaskać, pocierać. No więc ta broszka to raj dla froterysty! Jest miękka i puchata, a koraliki przyjemnie suną pod palcami. Konstrukcja jest wzmocniona, więc nic się nie wygnie. Z czasem broszka nada się też do wąchania, bo często używam perfum ;) Niestety jestem z tych, co doświadczają świata węchem, ale to na inną opowieść.

Pozdrawiam serdecznie. Chciałam napisać, że zimowo, ale co to za zima ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...