wtorek, 19 czerwca 2018

Fly My Butterfly, broszka

Gdybym miała bez wahania wymienić zwierzę, które najbardziej kojarzy mi się z latem, byłby to motyl. Royal Stone w kolejnej edycji kalendarzowego konkursu postawił na pory roku, mnie się ten pomysł ogromnie podoba, bo jakoś tak z automatu przypisuję konkretnej biżuterii funkcje na kolejne miesiące. Zimą raczej nie sięgam po kolorową biżuterię o szalonych wzorach (chociaż w sumie większość mojej szkatuły taka jest), za to latem lubię ostentacyjne formy. Im bardziej odjechane projekty, tym lepiej. 

Już dawno przestałam się przejmować tym, co powiedzą inni i, co jest dla mnie miłym zaskoczeniem, osoby z mojego otoczenia też coraz częściej ośmielają się nosić wyraziste dodatki. Uważam, że to super pozytywne, w końcu radości wokół nigdy za wiele!

Wracając do motyla, jednego już kiedyś poczyniłam, ale w nieco innej estetyce. Ten miał być bardziej motylowy, ale i szalony, wręcz abstrakcyjny. Co może być bardziej szalonego niż motyl w kwiaty? Ten pomysł był spontaniczny, projekt o A do Z jest mój i dość jasno pokazuje jak myśli mój umysł ;)



Wyobraziłam sobie tkaninę w kwiaty, a chwilę potem motyla w taki wzór. Długo nie musiałam się zastanawiać, żeby przełożyć to na język koralików.


Starłam się jedynie trzymać palety konkursowej. Niestety wyszłoby mdło, gdybym nie pokusiła się o jakiś kontrast - w tym wypadku czerń. Czarny dobrze współgra ze złotymi buglami od Toho, które zostały mi po "produkcji" lodowego wafelka, a wcześniej hiszpańskich kolczyków



Chociaż mój motyl może wydawać się skomplikowany, to jego konstrukcja jest dość prosta, pomijając kwiatki, które wymagały odrobiny precyzji i opanowania w obliczu braku odpowiednich kolorów wśród piętnastek. Korpus to kawałek filcu przykryty koralikami i kilka kryształków, a czułki - szpilka z okrągłą główką z nanizaną Preciosą.


Czułki wyszły lepiej niż się spodziewałam, dodatkowo drut pozwala na ich wymodelowanie. Szpilki są ukryte i zabezpieczone pod filcem, więc nic samo nie odpadnie.

Makro bezlitośnie obnaża coś, co nie jest widoczne gołym okiem i sprawia, że wydaje się mankamentem. Przy tak małych koralikach doprawdy nie ma to znaczenia. 

Broszka jest duża, ale skoro ma się rzucać w oczy, to inna być nie może. Na szczęście nie jest ciężka, więc utrzyma ją letnia bluzeczka. 


Tył, podobnie jak w poprzedniej pracy, jest słonecznie żółty, podszyty Ultrasuede. 


Szybko zaimprowizowane zdjęcie na "modelce".


Na koniec zdjęcie "rodzinne" z ptaszorem ;)



Będzie mi miło, jesli zagłosujecie na moje broszki w albumie konkursowym --> klik




Bardzo dziękuję za przemiłe komentarze pod poprzednim postem. Tak bardzo chcieliście zobaczyć motyla, że postanowiłam zrobić ten przyspieszony wpis. Jak nie publikuję, to tygodniami, ale jak się wezmę, to od razu dwa razy ;)

PS przez RODO nie dostaję już powiadomień na mail o komentarzach pod postami, ani tymi starszymi, ani nowymi, co mi utrudnia blogowanie, bo nie mogę Wam na czas odpisać, dlatego z góry przepraszam. Włączam sobie "Powiadamiaj mnie" w sekcji komentarzy, ale nowych komentarzy pod starymi postami po prostu nie zobaczę, więc jeśli macie jakieś pytania, piszcie do mnie maila :)

Pozdrawiam serdecznie. Chciałam napisać, że "gorąco", ale to byłoby okrutne. 


sobota, 16 czerwca 2018

Summer Vibes, broszka

Jestem, tak mi się wydaje, w nielicznej grupie osób, która nie lubi lata. Nie to, że darzę je nienawiścią i złorzeczę pod nosem do pierwszych chłodów, ale po prostu nie przepadam za tą porą roku. Mój organizm broni się przed wysokimi temperaturami jak może, fundując mi nieludzkie katusze i narażając na wiele nieprzyjemnych sytuacji. Gdy tylko termometr zaczyna pokazywać okolice 25 stopni, ja schodzę do podziemia w nadziei wyściubienia nosa na okoliczność jakiegoś deszczu lub dopiero jesienią. 

Zima i późna jesień to jest dla mnie czas na życie w najlepszym znaczeniu. Fakt, konieczność ubierania się na cebulkę nie wymaga idealnej figury, co jest niewątpliwą zaletą sytuacji, ale najbardziej na korzyść zimna przemawia to, że mogę wtedy swobodnie oddychać nie pocąc się jak prosiak. Głowa nie boli, nogi nie puchną, serce nie wali jak przed zawałem. Zima to jest to. Niestety mamy lato, a że na emigrację na Islandię się u mnie nie zanosi, to muszę sobie radzić w polskich warunkach jak umiem. 

Z pomocą przychodzą lody. Po prawdzie jem je cały rok, ale dopiero w sezonie mam dostęp do tych naprawdę dobrych - manufakturowych z naturalnych składników i o obłędnych smakach. W moim mieście na szczęście jest kilka świetnych kawiarni ze znakomitymi lodami, a ja jestem ich stałym bywalcem, ewentualnie wysyłam śmiałków po porcje na wynos. Tak czy inaczej, zawsze wybieram mniej kaloryczne sorbety, bo bym się nie zmieściła w żaden sweter.

Lody (oraz bezy) to moja słabość, więc gdy Royal podał kolory do kolejnej kalendarzowej inspiracji - lato, od razu na myśl przyszedł mi ten zimny przysmak.

Moje ulubione lody to wszelkie wariacje na temat truskawek, malin, jagód i róży. Rzadko mam okazję jeść lody różane, a naprawdę je lubię. Jakoś nie ciągnie moich kubków smakowych ku czekoladzie, wanilii czy orzechom.


Mając takie a nie inne preferencje, postanowiłam oddać im hołd i umieścić je w koralikowym rożku. Co prawda nie mogę jeść glutenu, więc nigdy nie decyduję się na tak ryzykowny krok, ale na potrzeby swojej wizji wydziergałam rożek w zamyśle bezglutenowy, no bo z koralików ;)

W swojej pracy, podobnie jak w poprzedniej, starałam się trzymać palety kolorystycznej wyznaczonej przez organizatora konkursu. Zrezygnowałam jednak z żółci na rzecz złota, bo wydało mi się bardziej biżuteryjne, poza tym ładnej żółci w koralikach nie uświadczysz.


Do wyszycia moich ulubionych smaków użyłam bogatej gamy kolorystycznej Preciosy i Miyuki oraz odrobiny Toho. Aparat przekłamał jagodową kulkę wydobywając z niej niebieskości, ale na żywo jest dużo bardziej fioletowa.

Lody roztapiają się od gorąca, zupełnie jak ja, dlatego dodałam małą jagodową kropelkę jadeitu.

Na tył wybrałam żółte Ultrasuede, żeby jednak w jakiś sposób nawiązać do palety, poza tym to kolor słońca.

Broszka jest całkiem standardowej wielkości, jak na ten element biżuterii. Zgrabnie leży na odzieży, zwłaszcza w klapie żakietu. Nie mogę się doczekać aż założę ją do kawiarni ;) Ciekawe jak zareagują kelnerki. Moje cukierki od Piniaty wzbudziły sporo uśmiechów, może będzie tak i tym razem.


Nie pokażę zdjęć z powstawania, ale jeśli macie pytania, to chętnie na nie odpowiem. Mogę jednak zdradzić, że chyba po raz pierwszy udało mi się uzyskać niemal całkowitą zgodność efektu końcowego z projektem. Zawsze praca mi się rozłazi, albo w trakcie zmieniam koncept, tym razem od początku do końca jest zgodnie z zamysłem.


W konkursie udział bierze jeszcze jedna moja praca, o której napiszę wkrótce. Nadmienię tylko, że zrobiłam ją pod wpływem chwili i fascynacji buglami. Taki motyl w kwiaty, trochę abstrakcyjny, ale na żywo piękny. Mam nadzieję, że obie letnie propozycje przypadną Wam do gustu.

Zarówno na "lody", jak i na "motyla" możecie zagłosować w albumie konkursowym --> klik



PS Absolutnie nie obiecuję, że to ostatnia przerwa w blogowaniu, sami rozumiecie, lato, wakacje, urlopy, no i muszę mieć kiedy chodzić na lody ;)

Pozdrawiam ciepło :)



poniedziałek, 14 maja 2018

Dream Lake, wisior

Jezioro marzeń lub, żeby nie tworzyć niepotrzebnych skojarzeń z popularnym niegdyś serialem, wyśnione jezioro. Taka właśnie pierwsza myśl przyszła mi do głowy, gdy zobaczyłam ten plaster, pięknie niebieskiego agatu. To niesamowite kamienie, zwłaszcza te w plastrach. Chociaż sztucznie barwione, mają w sobie coś magicznego. Chwilę mi zajęło, zanim wymyśliłam, jakie będzie jego biżuteryjne przeznaczenie i jakie kolory mu dobiorę do towarzystwa. Ostatecznie padło na srebro i filigran do spółki. 

Filigran właściwie jest zawieszką, ale znakomicie nadaje się do wkomponowania w haft koralikowi, bo łatwo go przykleić i dla pewności przyszyć w kilku miejscach. Taką cykadę mam jeszcze jedną, a poprzednią wykorzystałam dawno temu w innym wisiorze. 

Do barwy metalu idealnie pasowały koraliki Toho Nickel. W tej pracy użyłam ich dużo i to w kilku rozmiarach.

A do towarzystwa i przede wszystkim by podkreślić nieoczywisty błękit kamienia, dobrałam trochę przeróżnych kuleczek. Są to głównie jadeity, hematyty, perły i fasetowane szkiełka. 


Bardzo podoba mi się rysunek tego agatu, jakby zagotowała się w nim piana morska. albo jakiś nurek wypuścił bąbelki, zanim tafla wody zamarzła.


Tył podszyłam szarym Ultrasuede i skleciłam naprędce bardzo prosty tunel do nośnika. Tunel to w zasadzie za dużo powiedziane, ale zależało mi na czymś prostym i nierzucającym się w oczy, a spełniającym swoją funkcję.

Początkowo w roli nośnika wystąpiła metalowa żmijka wyjęta z innego wisiora, ale na dłuższą metę nie była idealnym rozwiązaniem. Dlatego przymocowałam łańcuszek ze stali chirurgicznej.

Do zdjęcia podciągnęłam go po same zęby, żeby załapał się w kadr. Normalnie wisior ma długość prawie do pępka, czyli taką, jaką lubię. Zaliczył już kilka wyjść i sprawuje się bez zarzutu. Kilka razy próbowano mi go "zwędzić', ale ostatecznie wykazałam się asertywnością godną dorosłego człowieka i został ze mną. 


Ostatnio częściej i chętniej noszę wisiory, bo wydaje mi się, że poza tym, że są modne, to pasują do wielu okazji, zwłaszcza tych nieformalnych, ale na eleganckie wyjścia też się nadają. Na zasadzie, coś tam dynda, ale nie odwraca za bardzo uwagi, za to dodaje stylizacji charakteru. 

A Wy, lubicie nosić wisiory? Jeśli tak, to jestem ciekawa jakiej długości i wielkości.
Miłego tygodnia!

PS Gdybyście mieli ochotę, to zapraszam do innych moich miejsc w sieci: Instagram i Facebook.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Origami Dove in Black, broszka

Wiosna w pełni, a nawet lato ;) W sumie, już się przyzwyczaiłam, że z kozaków od razu przechodzę w sandały, więc nie mam z tym problemu, ale jak co roku mam ochotę na jakąś nową biżuterię. W tym naszło mnie na coś w sumie klasycznego i mało radosnego w odbiorze, bo na czerń. 

Czerń jest ponadczasowa, w zasadzie do wszystkiego pasuje i dodaje elegancji. Nie ubrałabym się jednak od stóp do głów w takie barwy z okazji innej niż pogrzeb, bo chociaż czarny wyszczupla i nawet dobrze w nim wyglądam, to źle bym się czuła taka mroczna. Zawsze mam na sobie coś kolorowego, przynajmniej szminkę, ale najczęściej wzorzystą bluzkę (mam do nich słabość), więc dobór biżuterii, którą też lubię, staje się w takiej sytuacji problematyczny. Najczęściej wszystko się ze sobą gryzie i w ostatniej chwili odpinam ozdoby, o co mam potem do siebie żal, bo się nadziubię tych koralików, a świat i tak nie zobaczy ;). Dlatego, mimo wiosny, zrobiłam czarną broszkę.

To wzór, po który sięgałam już dwukrotnie (klik, klik) i jak na razie mi się nie znudził.

Tym razem postanowiłam odrobinę zmniejszyć szablon. Radykalna miniaturyzacja mijałaby się z celem, bo trudno byłoby obszyć taki kształt. Zmiana jest więc minimalna, ale wyczuwalna w noszeniu.

Tył podszyłam jasnym Ultrasuede. Broszkę na ludziu zobaczyć możecie na moim fb --> klik

Uparłam się na czerń, więc zamknęłam sobie drogę do cieniowania kolorem, dlatego postawiłam na fakturę.


Niektóre pola są matowe, inne błyszczące i wypukłe dzięki kryształkom.

Po raz pierwszy użyłam w swojej pracy bajorka. Wyhaftowałam nim dziób. Niestety szło mi opornie. Co pewnie wynika z braku obycia z tym półfabrykatem. Trzeba będzie bardziej poćwiczyć.


Przy okazji chciałam bardzo wszystkim podziękować za liczne głosy sympatii dla mojej kolii z poprzedniego wpisu. Miło mi poinformować, że Jury konkursowemu też przypadła do gustu i postanowiło nagrodzić mnie miejscem na podium!


Miłego tygodnia i majówkowego wypoczynku!

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Spring Vibes, kolia

Chyba nie muszę tłumaczyć skąd taki kolorowy projekt ;) Wiadomo! Wiosna. A tak serio, to moja propozycja konkursowa na tegoroczny, kalendarzowy konkurs Royal-Stone właśnie w temacie "wiosna". W tym roku uległy zmianie zasady konkursu, co mnie bardzo cieszy! Jest więcej czasu na stworzenie pracy, techniki ze sobą nie konkurują, ale trzeba dostosować projekt do wyznaczonej palety kolorystycznej (przynajmniej jednego koloru z palety), poza tym - pełna dowolność.

Musiałam więc ruszyć zardzewiałymi komórkami mózgowymi i coś zaprojektować. Odrobinę zniechęcały mnie kolory, bo ani nie lubuję się w różu i pastelach, ani specjalnie nie ma idealnych odpowiedników w koralikach. Tym sposobem moja wiosna to kwiat wiśni - wiadomo - różowy i ala koliber w rajskich kolorach.



Te kwiatki mogliście już u mnie zobaczyć, wykonałam podobne w innej kolii. Są jednak trochę udoskonalone i mniejsze. Zresztą możecie niżej zobaczyć porównanie.

środa, 4 kwietnia 2018

Turquoise dream, broszka

Tę broszkę zaczęłam robić jeszcze w zeszłym roku, ale że nie była artykułem pierwszej potrzeby, to rozgrzebaną odłożyłam do pudelka. Gdy wreszcie uznałam, że przyszedł na nią czas, bo wstydem okrywa mnie jej niedokończone wnętrze, dotarło do mnie, że jest jakaś taka "łysa".

Minimalizm i ja to pojęcia, które się wykluczają, ale robiłam wszystko, by ta broszka była "spokojniejsza" od innych moich prac. Brakuje mi nierzucającej się w oczy biżuterii. Niestety moja wewnętrzna natura sroki zawsze wydziera dzioba w proteście i kończy się na tym, że jej ulegam. Tak było i tym razem, bo to co widać poniżej, to wersja po kilku pruciach ;)


Punktem wyjścia był plaster nieregularnego howlitu, który bardzo dobrze udaje turkus. Kamyk jest na tyle ładny, że chociaż unikam wszelkich podróbek, również w kamieniach, uznałam że ma w sobie jakąś szlachetność. 

poniedziałek, 19 marca 2018

Honeycomb, naszyjnik

Czasem mam tak, że jak coś mi się spodoba, to muszę to mieć, nieważne ile czasu mi to zajmie. Tym razem ogromnie chciałam zrobić sobie coś na wzór mojej kolii, ale mniejszego, bardziej zwykłego. Chociaż sama nie wiem, czy można mówić o zwykłości w kontekście tak kolorowej biżuterii. Nie oszukujmy się, rzuca się w oczy, ale tak jakby mniej niż kolia. No więc wzięłam się do roboty. Kilka miesięcy temu. 
Tę pracę robiłam rekordowo długo. Po prostu grzebałam się jak mucha w smole, co chwila zmieniając koncepcję. A zaczęło się od plastra żółtego agatu, który przypominał mi wielką kroplę spływającego miodu. 

Chciałam go pierwotnie zestawić z onyksową cykadą, ale cykada to nie pszczoła, więc koncepcja padła. Potem w sprzedaży pojawiły się metalowe bazy, które skojarzyły mi się od razu z plastrem miodu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...