poniedziałek, 2 marca 2015

Beetlemania, naszyjnik

Nie przepadam za robalami, zdaje się, że kiedyś nawet podzieliłam się tą niechlubną informacją, poszło w świat to nie będę zaprzeczać, jestem miastowa i tak mam :) Boję się owadziej nieprzewidywalności i wzdrygam na myśl o zarazkach, wirusach i jadzie, na który zresztą jestem uczulona. Jednak nie mogę odmówić robactwu jednego, przynajmniej motylom i żukom, urody, której natura im nie poskąpiła. Niektórzy przedstawiciele owadziej rodziny są piękni jak małe klejnoty, aż prosi się by oprawić je w koraliki. Aczkolwiek przy całej mej niechęci do latającego czy pełzającego paskudztwa, nie ośmieliłabym się któregokolwiek ubić by potem wykorzystać truchło do swych niecnych celów, mimo wszystko to nie jest etyczne. Nadających się do użycia zwłok, zeszłych śmiercią naturalną i estetyczną, też nie znalazłam, dlatego sięgnęłam po rozwiązanie zadowalające obie strony - kaboszon z nadrukiem.


Kaboszon kupiłam w BeadBeauty, wykonała go Apandana, z pozoru zwykłe szkiełko, ale pracowało mi się z nim fantastycznie. Wydruk jest bardzo wyraźny i kolorowy, od spodu zabezpieczony emalią lub szkliwem, w każdym razie klej nie przebije, zaś samo szkło jest idealnie gładkie. Kusi mnie by zamówić sobie jakiś własny projekt, bo taka opcja też jest.


Oprawiłam go z użyciem bardzo "żuczych" kolorów, czyli z przewagą opalizującej zieleni, brązów i miedzi. Wisior nadrabia formą tę w sumie monotonną kolorystykę.


Użyte koraliki to Toho w kolorach Metallic Iris Brown, Olivine i Dark Bronze. Pozostałe paciorki to barwione kostki i rurki z hematytu. Chyba mój kolejny hit zakupowy :)


A całość zawiesiłam na miedzianym łańcuszku, co by nie powodować przerostu formy nad treścią.


Do łańcuszka dodałam małe tulejki wykonane pejotem, żeby ktoś nie pomyślał, że nośnik jest zupełnie przypadkowy, albo pożyczony z innej pracy :)


A całość trzyma się tak, jak widać wyżej. Tył podszyłam brązową skórą naturalną (zginęła owca, ale nie owad ;)). Wisior ma około 8,5 cm długości i 4 cm szerokości, zaś łańcuszek jakieś 65 cm.


Post został opublikowany automatycznie, więc na komentarze odpowiem z poślizgiem, niemniej jednak nie krępujcie się i piszcie. Niestety są na świecie gorsze rzeczy od robactwa - wirusy. 

Pozdrawiam gorąco! I to dosłownie :)

poniedziałek, 23 lutego 2015

Sherry Fans IV, klipsy

Po ten projekt autorstwa Sherry Serafini sięgałam już tyle razy, że powinien mi się znudzić, a jednak tak się nie dzieje. Dotychczas dodawałam mu żywych kolorów i nieco własnych rozwiązań (klik, klik, klik), głównie z braku zalecanych materiałów, tym razem jednak postawiłam na czerń. Klipsy są czarno czarne z dodatkiem czerni, żeby nie było, że tylko czarne ;)) W wersji monochromatycznej też się bronią i pewnie gdyby nie brak czasu zrobiłabym je w innych mono opcjach.


Wzór pochodzi z książki "Sensational Bead Embroidery" Sherry Serafini, wyd. Lark Crafts, kwiecień 2011, podaję na wypadek, gdyby się komuś nie chciało klikać powyżej w linki do postów, w których już tę informację podawałam, a uznał, że projekt wygląda znajomo.


W tym wypadku oszczędność w kolorach nie idzie w parze z umiarem w formie, a szczególnie w zastosowanych materiałach. 


Wszystkie błyski i blaski zrównoważyłam matami, ostre krawędzie obłościami, a podłużne kształty okrągłymi, więc sporo się tu dzieje.


Użyte materiały to kryształki rivoli w dymnym kolorze, koraliki Toho Round i Treasure Opaque Jet i Frosted Jet, kryształki Fire Polish 3 mm Matte Jet, 4 mm kuleczki czarnego obsydianu oraz fasetowane krople szkła z Czech.


Z zadniej strony wkleiłam bazy klipsa w kolorze jasnego srebra oraz czarny Supersuede.


***

Na koniec pochwale się (znowu) wygraną w candy, tym razem u Kasi z bloga kasiaok, która to poczyniła imponującą kolekcję sznurów koralikowych, które można ze sobą łączyć uzyskując wspaniałe efekty kolorystyczne. Szczęśliwym trafem udało mi się zgadnąć kilka kolorów kolejnych sznurów. Na bloga Kasi serdecznie zapraszam, a sama ogromnie jej dziękuję za cudowną bransoletkę. Kasiu, komfort noszenia na szóstkę z plusem :)


Zdjęcia uspokajającego brak :( więc powiem w ramach odwrócenia uwagi od mojej, mogącej rodzić uczucie zazdrości, zdobyczy, że idę dziergać ozdoby wielkanocne, będzie więc co oglądać przed świętami.

Pozdrawiam ciepło!


wtorek, 17 lutego 2015

Lacy, broszka

Tym razem odrobinę inna broszka w moim wykonaniu, no cóż czasami dobrze jest zejść z utartych szlaków i trochę poeksperymentować. Koronka z koralików chodziła z mną od czasu gdy zobaczyłam ją u Rudej, ale zdecydowałam się na nią dopiero gdy odkryłam, że mam tutek. Chyba nie mam powodów do dumy zdradzając, że kupuję książki po czym ich nie czytam, usprawiedliwiam sie jedynie tym, że mam naprawdę dużo książek i nie nadążam :) A moja przypadłość ma nawet nazwę - Tsundoku, co w języku japońskim oznacza nieprzeczytanie książki po jej kupieniu i zazwyczaj odłożenie jej na półkę razem z innymi nieprzeczytanymi książkami. Jakoś tak lżej "chorować" na coś co ma wymyślną nazwę.


Wzór koronki z książki Jamie Cloud Eakin, Dimensional Bead Embroidery.


Jest to również moja najdłużej robiona broszka ever, kaboszon nakleiłam na filc jakieś 2 lata temu, jak widać nie lubię pośpiechu ;) Wiadomo, koronkowa robota wymaga precyzji, skupienia i czasu.


Kamyk to czerwony jadeit, zaś wtórują mu maleńkie, zaledwie 2 milimetrowe, fasetowane jadeity w soczystej zieleni. Dawno, dawno temu przeczytałam, że nie powinno się łączyć ze sobą czerwieni i zieleni, bo to oznaka złego gustu, modowe faux pas i co tam jeszcze, a mi się podoba i co poradzę :)


Poza tym te tycie zielone kuleczki są bajeczne!


A sama koronka faluje i wygląda naprawdę pięknie.


Wymiary broszki to około 5 cm na 4,3 cm, jednak przezroczystości sprawiają, że wygląda na mniejszą.


Tył podszyty naturalną skórą. Zapięcie z zabezpieczeniem przeciw przypadkowemu otwarciu.


Broszka bardzo fajnie komponuje się z bransoletką z tego posta --> KLIK

***
Ostatnim razem przeoczyłam pewien dość istotny fakt, otóż poprzedni wpis był 250 na blogu! Pojęcia nie mam kiedy tyle tego naprodukowałam, bo jakby nie było niemal każdy post był biżuteryjny. Czyli, sugerując się galerią prac, 246 biżutów w tym 94 bransoletki, 66 broszek, 34 ozdoby na ucho, 31 na szyję, 19 na palec, opaska na włosy i jeden miś. Wyliczenia nie są zbyt dokładne bo zdarzało mi się jednorazowo prezentować kilka sztuk swoich prac. Jestem jak mała fabryka ;)

***

A broszkę zgłaszam do szufladowego wyzwania gościnnej projektantki Justyny Łukasz, bo dość niespodzianie wpisała się w ten piękny temat.



Pozdrawiam koralikowo ludzi pracy :)
Happy B-day mężu!

czwartek, 12 lutego 2015

Made Of Stone, broszka

Nie jestem wybitnie romantyczna, ani specjalnie podekscytowana wizją zbliżających się obchodów święta miłości. W ogóle nie jaram się Walentynkami i to nie dlatego, że to kolejne zwycięstwo komercji nad piękną ideą, ale dlatego że termin Dnia Zakochanych jest kompletnie z choinki. Toż to środek zimy i nie wiem jak Wy, ale ja zimą nie mam chęci na zaloty, cieknie mi z nosa, zimno mi w stopy i nie czuję się specjalnie atrakcyjna z bladą cerą, w klapniętych włosach pod czapką, w rozciągniętym swetrze i ocieplanych gaciach.

Panowie też łatwo nie mają, luba oczekuje kwiatów a dostępne są tylko szklarniowe róże. Nie mam nic do róż, to piękne kwiaty, ale jednak z lekka oklepane a i można źle zrozumieć intencje adoratora, stokrotki nie raz bywają bardziej na miejscu. Gdyby Walentynki wypadały w maju lub czerwcu można by poszaleć z outfitem, zarzucić filuternie rozwianym ciepłą bryzą włosem, pójść na lody bez obawy przeziębienia migdałków, liczyć na to, że absztyfikant złoży nam u stóp naręcze bzów, a co bardziej narwany nawet nenufary :)

Daleka jestem od wygłaszania sądów typu "kochać trzeba cały rok, a nie w jakieś sztuczne święto", matkę też się kocha zawsze, a jednak nikomu nie przyszło do głowy zbojkotować jej dzień. Jednakże z lutowym terminem jakoś mi nie w smak, a z nachalnym nagabywaniem z wystaw sklepowych ideologicznie nie po drodze. Chęciami i światopoglądem bliżej mi do Nocy Kupały, ale żebyście nie myśleli, że mam serce z kamienia, przygotowałam mały symbol miłości na 14 lutego.



To jedyne serce made of stone jakie posiadam :) Chyba nazwy nie muszę bardzo tłumaczyć, dodam tylko, że kontrkandydatka autorstwa mojego męża brzmiała "kamienny szlak do zastawki" :)


Bez wątpienia kamienna sieczka labradorytu gra tu pierwsze skrzypce.


Zaczęłam je szyć razem z ozdobami choinkowymi więc dawno, ale nie miałam koncepcji do czego wykorzystać bo użyte materiały nie pasowały mi do światecznej konwencji.



Za to jako broszka sprawuje się znakomicie, fajnie wygląda zarówno z lekką bluzką jak i grubym szalem.


Do jej wykonania użyłam koralików Toho w kilku rozmiarach i kolorach: Nickel, Gold Lustered Montana Blue, Bronze i Gold Lustered Chocolate Bronze oraz białych szklanych perełek i kryształka rivoli w dymnym kolorze.


Ozdoba raczej nie mała jak na broszkę, ale...


... to nie tylko broszka! Posiada bowiem dodatkową opcję na wyposażeniu...


... dynks adaptacyjny :) Pomysł nasunął się sam, chociaż wnosząc po jego prostej konstrukcji, nie sądzę że mnie pierwszej. Obok zapięcia broszkowego wszyłam koralikowe loopy do przewlekania przez nie rzemienia lub innego cienkiego nośnika.


Chciałam dodać jakieś reprezentatywne zdjęcie na ludziu, ale ludź okazał się być bardzo niereprezentatywny. Zobaczyć jednak można jak ozdoba sprawuje się w roli naszyjnika.


Na koniec pochwalę się niespodzianym wyróżnieniem w candy u Natalii. Natalia nagrodziła mnie ślicznymi, malutkimi kolczykami, oczywiście w niebieskim kolorze. Kochana przeogromnie Ci dziękuję!


I to by było na tyle, wszystkim amatorom Walentynek życzę wielu romantycznych chwil a reszcie też ;)
Pozdrawiam wszystkich <3 !

piątek, 6 lutego 2015

Blue Blood, kolczyki

Niebieska krew od zawsze przypisywana była żyłom królów, dawniej w dosłownym znaczeniu, dzisiaj jest raczej synonimem elitarności i takie właśnie są te kolczyki - wyjątkowe. To siostry niemal bliźniaczki kolczyków Royal, zatem obie pary należą do monarszej rodziny ozdób na specjalne okazje. Powodem ich powstania nie był jednak kolejny bal czy audiencja u królowej, ale osoba bardzo utalentowanej kobiety, która w tym samym czasie robiła dla mnie coś równie, o ile nie bardziej, wspaniałego. Ania w swej skromności poprosiła mnie o kolczyki, zaczęłam więc od tej intensywnie niebieskiej pary.


Bardzo miło robi się coś dla kogoś, a gdy wie się, że nasza praca jest właśnie tym czego ów ktoś bardzo chce, to wkłada się w każdy ścieg kawałek siebie. Ja właśnie tak mam. Prułam te maleństwa kilka razy by były idealne.


Te szklane migdały mają głęboko niebieski kolor i są wręcz hipnotyzujące, zwłaszcza gdy tak na człeka paczą ;)


Do ich oplecenia użyłam koralików od Toho w kilku rozmiarach i w odcieniach pasujących do kryształka. Jest też odrobina miedzianego dla kontrastu.


Tył podszyłam naturalną skórą w głebokoniebieskim kolorze. Sztyfty ze stali chirurgicznej. Jeśli planujecie użyć podobnych w swoich pracach to odsyłam do mojego poradnika jak je wkleić --> KLIK


Kolczyki są stosunkowo niewielkie, ale z pewnością trudno ich nie zauważyć ;)


Zapakowałam je z jeszcze kilkoma precjozami i wysłałam do Ani, o jednym z nich pewnie jeszcze napiszę, a jesli Ania uzna za stosowne, to będziecie je mogli zobaczyć na jej blogu --> KLIK do odwiedzenia którego zapraszam tak czy inaczej, bo to niezwykłe miejsce!

Ja zaś dostałam coś o czym marzyłam od dawna, ale nie potrafiłam zrobić sama. Nigdy nie miałam tyle samozaparcia by nauczyć się haftu krzyżykowego, póki co uskuteczniam koralikowy i tyle mi wystarcza. Zdjęcia nie powalają, ale ich bohaterowie jak najbardziej, zwłaszcza że przyfrunęli do mnie w pięknych ramkach!


Jeszcze nie zawisły w miejscu docelowym, tymczasowo stoją w sypialni bym mogła cieszyć nimi oczy po przebudzeniu, i kiedy koralikuję ;)


A na deser coś czego w całej "karierze" nie posiadałam (pojęcia nie mam dlaczego), podusia do igieł, przynajmniej tak sądzę, bo jako że nigdy nie miałam to mogę błądzić ;) Na razie żal mi dźgać ją igłami, jest tak piękna i dopracowana!


By uczynić tradycji za dość długo szukałam odpowiedniego obrazka uspokajająco uszczęśliwiającego, a że nie chciałam kraść z sieci serwuję coś z własnych archiwów.


Pozdrawiam niebiesko :)

piątek, 30 stycznia 2015

Party Time, bransoletka

Czasem mam tak, ufam, że inne beadingerki też bo nie chcę być osamotniona w swoich dziwactwach, że ubieram się rano i stwierdzam, że żadna biżuteria nie pasuje mi do zestawu. Rzecz zakrawająca na kpinę z mojej strony, bo nie mam aż tylu ubrań by musieć za każdym razem szukać innej biżuterii, a "klejnoty" wręcz wylewają się ze szkatułek, ale jednak. Po wnikliwej autoanalizie stwierdzam, że biżuteria pełni u mnie rolę terapeutyczną dopasowując się do nastroju lub go poprawiając. A skoro sama potrafię sobie zrobić dowolną ozdóbkę z koralików to patrzę w lustro na aktualny outfit, a potem siadam do paciorków i dziergam. Rzecz jasna chwilę mi to zajmuję, czasem weekend, czasem tydzień :)

Tak czy inaczej, kupiłam sobie bluzkę i stwierdziłam, że przyda się nowa bransoletka, no to sobie zrobiłam. Tym razem na bogato i z przepychem bo idę do ludzi i chcę wyglądać olśniewająco i mężowi wstydu nie robić.

Apropos męża, wiem, że tu zagląda więc małe sprostowanie dla niego: to nie tak, że skoro sama sobie ozdoby robię to przestałam chcieć złote kolczyki, które mi obiecałeś :P


Bransoletka jest owocem chwilowego kaprysu więc niespecjalnie się przy niej starałam, zatem przymknijcie oko, a nawet dwa na drobne niedociągnięcia w ściegach :) A tak swoją drogą dlaczego dopiero na zdjęciach widać, że nitka wyłazi, albo coś się mechaci? Albo ślepnę, albo mój aparat ma wbudowany rentgen.

klikaj w obrazki by je powiększyć
Pierwotnie miała być cała fioletowa, ale wysypałam na matę kolorowe rivolki i taka wersja bardziej mi się spodobała. Kryształkom towarzyszą trzy syntetyczne kamyczki w kształcie poduszeczek oraz małe kosteczki barwionego hematytu.


Użyłam sporej ilości koralików w kolorach Metallic Iris Brown oraz Higher Metallic Dark Amethyst, reszta dopasowana kolorystycznie do oplatanych kamyczków i szkiełek.


Tył podszyty cienką skórą naturalną w czekoladowym kolorze. nie usztywniałam bransoletki bo lubię nosić miękkie rzeczy, jednak metalowa baza lub dodatkowa włóknika z pewnością dodałaby jej elegancji.


Zapięcie typu slide, bardzo dobrze sprawdzające się w szerszych bransoletach bo nic nie lata na boki :)


Raczej nie jestem typem balującym, nie chodzę też na zabawy karnawałowe, jedyną formą balngi jaką jestem w stanie znieść są domówki. Przyjmijmy jednak, że to taki bal dla leniwców:) w związku z powyższym, rzutem na taśmę zgłaszam moją bransoletkę do kończącego się już wyzwania w Szufladzie "Niech żyje bal"



Mam nadzieję, że moja wersja ozdoby na wielkie acz nie koniecznie balowe wyjście, przypadła Wam do gustu. Mój kreatywny mąż nazwał tę bransoletkę perską, nie rozwinął myśli więc do teraz nie wiem czy skojarzyła mu się z perska księżniczką czy perskim dywanem :P Dajcie znać co Wy o niej myślicie!


Pozdrawiam ciepło!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...