piątek, 4 stycznia 2019

The First, broszka

Jeśli jeszcze ktoś odwiedza tę zakurzoną wróżkową krainę, to jestem mu winna przeprosiny i jednocześnie podziw, jak widać nawet ja z rzadka tu zaglądam. Sama nie wiem, czy to już syndrom wieloletniego blogowania, że z czasem mniej się chce, czy zwykłe lenistwo. Tak czy inaczej, ostatnio zajmują mnie bardziej inne rzeczy i na blog nie mam czasu. Wybaczcie. 

Nic jednak tak nie pobudza do działania, jak nagła potrzeba. Wybieram się (gdy to czytacie, to już pewnie jestem po wizycie) do uroczej dwulatki i jej kilkumiesięcznej siostry. Dla najmłodszej mam kocyk, ale o najstarszej nie pomyślałam. To znaczy pomyślałam na ostatnią chwilę, dlatego zrobiłam małą broszkę. Dwa lata z hakiem, to dobra pora na pierwszą biżuterię, oczywiście noszoną pod nadzorem dorosłych, chociaż to naprawdę bardzo rozsądna młoda dama.

Dziewczynka ma już za sobą etap wpychania do buzi co popadnie, dlatego nie boję się, że użyje broszki niezgodnie z przeznaczeniem. Liczę jednak na to, że przynajmniej na początku mama pomoże jej z przypinaniem. Swoją pierwszą broszkę dostałam jeszcze wcześniej ;)

Serduszko jest proste i nie wymagało wielkiej filozofii. Do jego wykonania użyłam kilku odcieni różu głównie od Preciosy i szarości od Toho oraz Miyuki.

Tył podszyłam intensywnie różowym ultrasuede. Samo zapięcie jest małe i proste w obsłudze. 

Na czapce, czy szaliku będzie wyglądać bardzo uroczo, a gdy zrobi się cieplej - na płaszczyku.

Mam nadzieję, że moja noworoczna propozycja pierwszej broszki w życiu młodej kobiety, przypadła wam do gustu. 
Jestem ciekawa, kiedy podarowałyście pierwsze biżutki waszym córkom, wnuczkom, siostrzenicom etc.?

Pozdrawiam styczniowo.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Lisek III, broszka

Można powiedzieć, że przez chwilę zamieniłam swoją pracownię na taśmę produkcyjną. Z myślą o zbliżającej się porze obdarowywania innych prezentami, zrobiłam kilka broszek w stylu origami. To chyba najbardziej pożądane, jeśli mogę to tak określić, spośród moich prac. Bez przerwy dostaję o nie zapytania i pomyślałam - czemu nie, skoro mogę zgodnie z prawem podjąć się czegoś takiego jak sprzedaż nierejestrowana. Sytuacja win - win, niech każdy skorzysta, stąd ostatnio możecie oglądać tu wzmożony ruch misternych zwierzaczków.

Chwilę zajęło mi zrobienie tego stada, bo to dość żmudna praca, zwłaszcza, że staram się z całych sił, by wszystko było zrobione dokładnie, z precyzją i z dobrych materiałów. Szyję więc powoli, ale dokładnie.

Dziś przedstawiam największego z gromadki i najbardziej ognistego liska.


Wybrałam dla niego szczyptę bardzo czerwonych koralików Miyuki, które połączyłam z pomarańczowymi i żółtymi Toho i Preciosa. To one są odpowiedzialne za to, że broszka niemal płonie, gdy się na nią patrzy. 

Broszka ma wymiary w przybliżeniu 8 cm na 5,5 cm i super wygląda na płaszczu. Zrobiłam jej jazdę próbną, wpinając w klapę paszcza podczas krótkiego wyjścia i zdecydowanie zwracał uwagę. Plamy nigdzie nie miałam, więc bez wątpienia chodziło o niego. 


Dla kontrastu wybrałam mu fioletowo-niebieski tył z Ultrasuede. Jest to więc całkowicie wegański i cruently free twór, nie licząc mojego pokłutego palca. 


To chyba mój ulubiony lisek, więc nie rozstanę się z nim bez żalu.


Poniżej cała broszkowa załoga.

i z bohaterami poprzednich wpisów (klik i klik)


A jak u was z przygotowywaniem prezentów, macie już wszystkie? Wybraliście może coś handmade dla bliskich? U mnie w tym roku zdecydowanie rękodzielniczo, planuję też sama sobie kupić coś od zdolnej koleżanki, bo czemu nie ;)

Pozdrawiam was grudniowo!


poniedziałek, 12 listopada 2018

Gift, wisior

Jak zapewne każda kobieta lubię dostawać prezenty. Tylko jakoś nie przepadam za niespodziankami, zwłaszcza kupowanymi na oko, dlatego plasuję się w kategorii trudnych do obdarowywania. Proszę jednak nie mylić mojej przypadłości z niewdzięcznością, zawsze cieszę się z prezentów, tylko że jako człowiek do bólu praktyczny, strasznie nie lubię rzeczy niepotrzebnych. Koraliki - zawsze potrzebne, patelnia - w sumie się przyda, rękawiczki i góralskie kapcie - niekoniecznie. Mąż mój raz na jakiś czas dostaje zatem ode mnie maila z linkami do zakupów i sugestie co ewentualnie chcę lub potrzebuję. Problem z głowy, on szczęśliwy, ja zadowolona. Kilka lat temu zaskoczył mnie jednak kompletnie, przywożąc mi z podróży pokaźny pakunek z kamieniami.

Był to czas moich niechlubnych początków z koralikami i nie podejrzewałabym go nawet o takie zakusy. A on wypatrzył gdzieś w górach sklepik z minerałami i kupił mi fantastyczne agaty, malachity i jaspisy. No cóż, przepłacił straszliwie, co przyznał po czasie, ale chciał mi sprawić radość i tak się w istocie stało.

Tak czy inaczej, wówczas nie miałam warsztatu potrzebnego do godnego oprawienia tych skarbów, ale parę lat później odważyłam się tchnąć życie w ten jaspis. Reszta kamieni nadal czeka.

Bardzo chciałam ustroić go w liście, ale takie czysto jesienne nie pasowały mi do koloru kamienia, dlatego zdecydowałam się na zieleń.


Na pewno kojarzycie te listki z innych moich prac (klik, klik). Lubię ten szablon, dlatego z przyjemnością wygrzebałam go z dna szuflady.


Raczej nie będę nosić wszystkiego na raz. Co za dużo, to niezdrowo. 

Wracając do kamienia, ten okaz jaspisu jest naprawdę wyjątkowy. Ma piękny kolor i delikatne spękania, co sprawia, że wygląda intrygująco. Trudno mi było zdecydować jakie kolory będą tu najlepsze, dlatego postawiłam na bezpieczną czerń i srebro. Może to i oklepany zestaw, ale zawsze się sprawdza. 

Miałam jedynie mały zgryz związany z nośnikiem. Pierwotnie zawiesiłam go na ciemno-srebrnej metalowej żmijce, ale coś mi nie grało, więc spróbowałam ze sznurem koralikowoszydełkowym z piętnastek. Na szczęście mam dwa do wyboru - bardzo długi i średni. Brakuje mi tylko takiego krótkiego, niemal pod szyję. Do zdjęcia musiałam go zarzucić na plecy ;)


Na koniec zdjęcia grupowe.

I z ognistym liskiem, którego jeszcze nie pokazywałam, bo czemu nie ;) Taki leśny akcent.


Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 22 października 2018

Lis na bis, broszka

Czasami zarzekam się, że czegoś nie zrobię, a potem jednak robię. Nie przypisywałabym jednak tego faktu kobiecej chwiejności, a sile argumentów, które do mnie w danej chwili przemawiają. W kwestii tak zwanych fundamentalnych zasad życiowych jestem stała, ale pozostałe poglądy u mnie ewoluują i, powiedzieć można, dojrzewam do nich. Tak było z robieniem dwa razy takiego samego projektu, co dawniej wywołałoby u mnie zniesmaczenie na myśl o zalążku jakiejkolwiek masówki. Fuj. Świadomość, że po świecie chodzą dwie osoby w takich samych broszkach, byłaby nieznośna, bo gdzie tu unikalność, indywidualizm, a nawet sztuka za przeproszeniem.

Po latach dotarło do mnie, że jakbym się nie starała, nie ma takiej siły, żeby nawet dziesięć z pozoru takich samych broszek było identycznych. Każda z nich zawsze będzie jedyna i niepowtarzalna, bo po prostu nie da się zrobić dwóch identycznych. Podobne - owszem, identyczne - nie ma szans. Takie prawo haftu koralikowego, że dopóki szyje człowiek, nie maszyna, to koralik za każdym razem będzie inaczej przyszyty. Nie wspominając o kompulsywnych podszeptach wyobraźni, na wykorzystanie coraz to innych kolorów. 

Zrobiłam więc kolejną broszkę liska origami, ciut mniejszego niż pierwowzór, ale w żadnym razie takiego samego. Po prostu nie miałam już koralików, których użyłam wówczas, za to miałam trochę nowych, a i nie pamiętałam dokładnie, jak tamtego wykonałam.


Mniejsza forma wymagała mniejszych koralików, dlatego robiłam go wieki :) ale efekt bardzo mi się podoba.

W tle kolejne liskowe broszki, jeszcze nie obszyte na brzegach, i jak widać, każdy odrobinę inaczej umaszczony. 


Broszka wkrótce trafi do nowej właścicielki, pozostałe jeszcze ich nie mają ;)


Tradycyjnie na koniec pamiątkowe zdjęcie grupowe, tylko gdzieś mi łódkę wcięło. :)



Pozdrawiam Was ciepło!

poniedziałek, 8 października 2018

Autumn Blue, broszka

Uświadomiłam sobie niedawno, że wieki całe nie robiłam małych broszek z kaboszonem, a kaboszonów mam zatrzęsienie, dodać muszę dla ścisłości. Niestety czasu mam zdecydowanie mniej niż kamieni, dlatego takie ozdóbki pojawiają się tu sporadycznie.

Moja koleżanka, z którą nie mogę się spotkać od miesięcy, bo obie cierpimy na chroniczny niedoczas, zdradziła mi, że lubi takie właśnie broszki. Nie konsultowałam z nią ostatecznej formy, co więcej, w ogóle nie powiedziałam jej, co dla niej robię. Przyjdzie, zobaczy ;)



Tego typu broszki nazywam zwyklakami, bo mimo swojej strojności robi się je banalnie prosto i relatywnie szybko. Obszywam kaboszon, dodaję rządek kryształków, wykańczam koralikami i dodaję pikotki. Voila!

środa, 19 września 2018

Indian Summer, letni sweterek

Oto sweterek, o który dostaję mnóstwo pytań, bo mówię o nim i mówię, ale pokazać nie mogę. To znaczy mogę, tylko z tym zabraniem się do rzeczy u mnie wieczny problem. No cóż, zdjęcia nie powalają, ale przynajmniej wyjdę z tego z honorem, bo jak się obiecuje, to dotrzymuje słowa.

Sweterek, albo raczej bluzeczka, ma bardzo prostą formę, powiedziałabym, że prościej się nie da. To coś pomiędzy tym co raczej modne (nie znam się na modzie za bardzo, stąd to raczej), a tym w czym będę się dobrze czuła. W sklepach podoba mi się wiele rzeczy, ale na wieszakach, bo gdy biorę się za mierzenie, okazuje się, że wieszak jest bardziej w trendach. Ubieram się więc zachowawczo i bezpiecznie. Uwierzcie lub nie, ale ten sweterek jest wyjściem z mojej strefy komfortu. Nadal dziwnie się w nim czuję, ale z nieznanych mi powodów, bardzo mi się podoba. Mimo tych kolorowych pasów bardzo fajnie wygląda pod żakietem, albo solo z prostym szalem. Jednym słowem - można go ciekawie ograć.



Unikam w odzieży graficznych wzorów, plam kolorów, geometrii i wszystkiego tego, co niepotrzebnie zwraca uwagę. Odnoszę wrażenie, że nie schlebia to mojej, ostatnio bujniejszej, figurze. Te pionowe pasy, które utworzyła wielobarwna włóczka, to całkiem spora fanaberia w mojej szafie, ale dzianina jest tak miła w dotyku, że w sumie nie zdejmowałabym jej wcale. 

poniedziałek, 10 września 2018

Heartbeat, broszka

Powoli i z wrodzoną ślamazarnością kończę zaczęte projekty i nadrabiam zaległości w pokazywaniu ich na blogu. Niestety taką mam naturę, że trudno mi zmobilizować się do skończenia czegoś, jeśli robię już coś innego. Teraz na przykład pochłonęły mnie włóczki i druty, więc koraliki poszły w odstawkę.

To serce jest jednym z takich porzuconych projektów. Prawdę mówiąc, dziś zrobiłabym je ciut inaczej, może wówczas zabiłoby dla mnie mocnej, a tak poszło w odstawkę na kilka tygodni.

To kolejna próba okiełznania origami w koralikowej formie. Niestety nie znalazłam papierowej składanki z zadowalającą mnie formą serca, dlatego powstał taki oto geometryczny kompromis.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...