środa, 23 kwietnia 2014

Twisted Tubular Herringbone Rope, Tutorial

Twisted tubular herringbone rope to nic innego jak pięknie skręcony sznur z koralików, który zapewne nie raz widzieliście, a może nawet próbowaliście zrobić. Obok Cubic RAW to mój ulubiony szyty sznur koralikowy. Nie zawsze mam czas i ochotę na machanie szydełkiem i wtedy w sukurs przychodzi mi ten nieskomplikowany wzór. Tutoriali na niego jest niemal tyle co koralików, jednak ja nabrałam ochoty na stworzenie własnego. Uprzedzając wątpliwości co niektórych "zaglądaczy", nie wymyśliłam tego ściegu, nie posiadam praw autorskich do niego, ale też nikogo nie okradam z własności intelektualnej, gdyż jest to jeden z podstawowych ściegów w beadingu. To co za chwilę zobaczycie to relacja z mojego miejsca pracy - tak właśnie szyję sznury, ogólnodostępnym ściegiem jodełkowym w wersji skręconej na okrągło.



Do dzieła!

Potrzebne będą:
- nożyczki, lub inne narzędzie do odcięcia nici,
- nić - dowolna, ulubiona, używana przez was w plecionkach koralikowych,
- koraliki (ja wybrałam Toho 11o w dwóch kolorach),
- igła, koniecznie cienka, najlepiej przeznaczona do koralikowania,
- odpowiednie podłoże uniemożliwiające ucieczkę koralikom:) ja użyłam maty w futerale.


 Za pomocą igły z nawleczoną nicią, łapiemy 4 koraliki - 2 beżowe i 2 czarne.


Przechodzimy przez nawleczoną sekwencję koralików ponownie i mocujemy nić tak by nic się nie "rozlazło".


Jak widać poniżej, zrobił się mały kwadracik (lub kółeczko), będzie on początkiem ściegu drabinkowego (ladder stitch), na którym oprze się cała robótka. Ladder stitch może być również bazą dla innych ściegów, na przykład cegiełkowego czyli brick stitch. Jak widać warto go umieć.


Dobieramy kolejne 2 koraliki w kolorze czarnym i przechodzimy "na okrętkę" przez 2 beżowe.


I wracamy przez 2 czarne do pozycji wyjściowej, wiadomo - nic nie może się rozejść:)


Nawlekamy 2 ostatnie koraliki (beżowe) potrzebne do utworzenia "drabinki" i robimy dokładnie to samo co wyżej.


Igła ustawiona do pozycji wyjściowej, ostatnia prosta i sukces:)


Instruktażowy herringbone przewidziany jest na dwie pary koralików, dlatego musimy sprawić by nasz tubular faktycznie był okrągły więc zamykamy "drabinkę" w kółeczko. Łączymy początek z końcem.


Nie zapomnijcie o solidnym zamknięciu wspomnianego kółeczka. Powstała mała koralikowa bryłka, na której zaczniemy wyplatać "śledzika"*. Nić wychodzić będzie z beżowego koralika, dlatego wybrałam dwa kolory, by wam się nic nie pomyliło. Gdy już opanujecie ten splot, możecie pleść sznury w jednym kolorze.
*herringbone to po angielsku ości śledzia :) ach ten angielski humor...


Poniżej pokazuję pierwszy krok do wykonania herringbona. Nawlekamy 2 koraliki - beżowy i czarny, a następnie przechodzimy igłą w dół przez 1 (słownie: jeden) koralik w rządku obok - tu: czarny.


A teraz wracamy igłą na powierzchnię, przechodząc w górę przez 1 (słowie: jeden) koralik w rządku obok - tu: beżowy.


Z drugą "ścianką" sznura postępujemy tak samo. Nawlekamy koralik beżowy i czarny, a następnie przechodzimy igłą w dół, przez jednen czarny koralik.


A teraz wracamy w górę przez beżowy koralik. Można tak robić w nieskończoność lub do uzyskania pożądanej długości sznura, jednak nie będzie on skręcony, dlatego musimy odrobinę zmienić reguły gry:)


Zaczynamy kręcić:) Najpierw postępujemy standardowo - nawlekamy beżowy i czarny koralik i przechodzimy igłą w dół przez koralik w kolorze czarnym. Ten punkt nie zmieni się aż do końca, zawsze będziemy przechodzić w dół przez jeden czarny koralik.


Zmianie ulega procedura wyjścia w górę. Już nie przez jeden, ale dwa beżowe koraliki.


Powtarzamy te kroki tyle razy ile chcemy. Skręt jaki otrzymamy nie jest spektakularny, to bardzo subtelne falowanie idealne gdy potrzebujemy niewyróżniającego się sznura do zawieszek lub delikatnej bransoletki.


Jeśli potrzebujecie odrobiny szaleństwa to i na to jest metoda, musimy podkręcić nieco śrubę. Tradycyjnie nawlekamy dwa koraliki, beżowy i czarny oraz przechodzimy igłą w dół przez jeden czarny koralik na sznurze.


A teraz kolejna zmiana. Jeśli skręt sznura ma być bardziej widoczny, musimy wyjść igłą nie przez dwa lecz trzy beżowe koraliki. Powtarzamy ten krok oraz poprzedni tyle razy ile potrzebujemy do uzyskania wymaganej długości sznura.


A teraz przerwa na odpoczynek (lub reklamę).

W czasie pracy może się zdarzyć (prędzej czy później ta chwila nadejdzie), że skończy się nić. Co zrobić by ukryć pętelkę nie blokując koralika?

Przywiązujemy nową nić do końca starej i nawlekamy na igłę. Nadmiar i wszystkie niepotrzebne części odcinamy w rozsądnej odległości od pętelki. Jeśli nie ufacie swoim umiejętnościom, zabezpieczcie wiązanie klejem.


Wbijamy igłę w środek koralikowej spirali...


...i wychodzimy w okolicach koralika, z którego wcześniej wystawała nić.


Wbijamy igłę w rządek koralików i wracamy do punktu wyjścia. Tym sposobem pętelka ukryła się w robótce i nie będzie jej szpecić.


Możemy kontynuować pracę. Tak wygląda sznur z mniejszym i większym skrętem. Jeśli dla kogoś to nadal nie jest to, czego oczekuje, można sznur jeszcze odrobinę "podkręcić" :)


W tym celu zwiększamy ilość koralików "na wyjściu" do czterech. Teraz robótka zacznie się skręcać jak po trwałej:)) Niestety będzie jej również wolniej przybywać.


Ciaśniejszy skręt spowoduje, że sznur zyska dodatkowej objętości, będzie też odrobinę sztywniejszy. Wszystkie trzy natężenia skrętu obejrzeć można na poniższej fotce. Mocniejszy skręt w sznurze splotem jodełkowym na dwie pary koralików jest szaleństwem, jeśli jednak par koralików będzie więcej to możecie pokombinować.


Brawo, właśnie nauczyliście się jak zrobić twisted tubular herringbone rope :) Czyli okrągły, kręcony sznur ściegiem jodełkowym. W zasadzie powinnam jeszcze nauczyć Was jak taką robótkę zakończyć, bo końcówka nie wygląda zbyt zachęcająco, ale pomyślałam, że każdy nauczyciel daje uczniom zadanie domowe:) Niech więc to będzie Wasza praca domowa:) Poniżej "inspiracja":



Kurs przygotowany bez licencji na odsprzedaż lub jakikolwiek inny użytek komercyjny.
Treść i zdjęcia tworzą integralną całość. Kurs nie może być kopiowany i rozpowszechniany bez mojej zgody.

 Miłego skręcania!

Kurs do pobrania w wersji PDF --> KLIK


piątek, 18 kwietnia 2014

Wesołych Świąt

W tym roku Wielkanoc u mnie wyjątkowo nie koralikowa. Moje w pocie czoła wyplatane jajo, postanowiło zrobić mnie w hmm jajo! Chwila nieuwagi, jedno ciachnięcie nożyczkami za daleko i zostałam z ręką w... koszyku:)  Na szczęście odnalazły się moje stare pisanki, zrobione przed erą koralikową i to właśnie im pstryknęłam kilka pamiątkowych fotek:) Co roku, od kiedy tylko sięgam pamięcią, robiłam pisanki, co roku były inne, ale niemal wszystkie rozdawałam bliskim w prezencie, dlatego dla mnie zostawało ich niewiele. Prawdę mówiąc i o tych zapomniałam, na szczęście leżały sobie spokojnie w piwnicy. Wyżyny kunsztu rękodzielniczego to nie są, co piękniejsze poszły w świat, te wstyd mi było komuś dać, teraz cieszą mnie niesamowicie i przypominają odległe, szkolne czasy :)


Wykonane z kurzych wydmuszek, pomalowanych akrylami i oplecione szydełkiem i kordonkiem. Wzór pochodzi z jakiejś gazetki ze świątecznymi inspiracjami, o ile dobrze pamiętam. A w koszyczku poniżej leżą moje pierwsze dekupaże oraz moje pierwsze próby z farbami:) Ciekawe, czy ktoś jeszcze ma te moje jajka:)


A dlaczego w ogóle pokazuję moje "wczesne prace"? Żeby przypomnieć Wam i sobie, że polska kultura obfituje we wspaniałe tradycje, które od wczesnych lat pozwalają na kształtowanie w młodym człowieku rękodzielniczych pasji. Wszelkie świąteczne przygotowania, miały dodatkowo na celu zacieśniać więzy rodzinne, uczyć historii, rozwijać nowe umiejętności, przekazywać nowemu pokoleniu wiedzę, bawić czy wreszcie po prostu wyzwalać ducha świąt. Dla dziecka, które nie rozumie cudu zmartwychwstania, obcowanie z wielkanocnymi tradycjami jest dobrą metodą na wprowadzenie go do świata, który wkrótce pozna. To taka moja wielkanocna refleksja:)

A Wam życzę by ten wyjątkowy dla każdego chrześcijanina czas, obudził w Was to, co przez cały rok zagłuszacie w sobie codzienną gonitwą z czasem. Otwórzcie swoje serca, oczyśćcie dusze i pozwólcie sobie na odrobinę wytchnienia i spokoju. Zapomnijcie o tym co nieważne i spędźcie ten czas na radości z bliskimi.
Wesołego Alleluja!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Sherry Fans, kolczyki

"Mgły wachlarzem nie rozpędzisz" - to pierwsze co przychodzi mi na myśl zawsze, gdy widzę wachlarz. Towarzyszy mi ono od czasu, gdy w dzieciństwie obejrzałam przedstawienie oparte na motywach japońskiej baśni o tym samym tytule. Piękna historia dziewczynki, która z tęsknoty za ojcem, którego powrót do domu, opóźnia od dawna otrzymująca się mgła, próbuje rozwiać ją małym dziecięcym wachlarzem. Nie wie, że duże przeciwności losu wymagają ogromnej siły i zaangażowania, a tak uporczywą mgłę może rozpędzić tylko silny wiatr, zaś jej malutkiemu wachlarzykowi nigdy się to nie uda. Koniec końców, jej upór zostaje nagrodzony.
Moje wachlarzyki, również są niepozorne, choć drzemie w nich ogromna moc, kto wie, może sprawią, że mgła utrudniająca widzenie zniknie na zawsze:))


Ten znajomo kojarzący się kształt (któż z nas nie miał wachlarza), to piękny projekt Sherry Serafini, a mogłam go zrealizować tylko dzięki mojemu fantastycznemu mężowi, który podarował mi w prezencie przedurodzinowym książkę jej autorstwa.


Książka jest na rynku od 2011 roku, ale wówczas nie miałam bladego pojęcia o koralikach:) dopiero teraz odkrywam i doceniam moc płynącą z tego typu publikacji. Album zawiera 25 projektów w technice haftu koralikowego z poradami i wykrojami do samodzielnego wykonania, w tym te wyjątkowe kolczyki o wdzięcznej, acz przydługiej nazwie "Fan-Shaped Rivoli Earrings":

zdjęcie pochodzi z książki "Sensational Bead Embroidery" Sherry Serafini, wyd. Lark Crafts, kwiecień 2011.

Sami oceńcie jak mi wyszło. Starałam się rzetelnie podejść do wykonania tego projektu i ściśle trzymać wytycznych autorki, jedynym odstępstwem na jakie sobie pozwoliłam, były kolory i zamiana "dyndajacego" kryształka na listek.


Główne składowe mojej wersji, to kulki ametystu, złotego hematytu, kryształek rivoli, koraliki Toho oraz szklany listek produkcji czeskiej.


Tył podszyłam złotą ekoskórką i dodałam bigiel ze stali chirurgicznej, przeznaczony do wklejania. Sherry nie sprecyzowała w jaki sposób wykończyć tył pracy, pozwoliłam więc sobie na pełną dowolność.


Ten typ bigla sprawia, że kolczyk ładnie przylega do płatka ucha, delikatnie nań nachodząc i jednocześnie zapobiegając przypadkowemu spadnięciu. Kolczyki wykonałam na użytek własny, jednak po kilku chwilach noszenia uznałam, że wolę klipsy. Moje uszy odzwyczaiły się od kolczyków :( Ale nie ma tego złego, znów będę mogła sięgnąć po ten wzór, nadając mu odrobinę bluefairy'owego charakteru:)))


Gdybyście chcieli poczytać więcej o tej książce to znalazłam ciekawą recenzję -> KLIK

Mam nadzieję, że kolczyki przypadły Wam do gustu tak jak i mnie, zawsze to miła odmiana od broszek.
Bardzo Wam dziękuję za miłe komentarze pod ostatnimi wpisami, witam też nowych obserwatorów, mam nadzieję, że to co tu znajdziecie, spodoba Wam się na tyle, że będziecie wpadać częściej:)

Pozdrawiam ciepło.


piątek, 11 kwietnia 2014

Nowe życie niedokończonych prac - projekt Agaty

W poprzednim wpisie bez skrępowania obnażyłam całą prawdę o jednej z moich przywar jako beadingerki - niedokańczaniu swoich prac;) Jak się okazało, nie tylko ja notorycznie porzucam wiele swoich projektów, wiele z was, również odkłada rzeczy na potem lub na wieczne nigdy. Ja wrzucam swoje hafty i plecionki do pudełka z nadzieją, że wróci mi natchnienie lub doba wydłuży się o jakieś 10 godzin:) Ale niektórzy podchodzą do problemu zadaniowo i mają rozwiązanie nawet na taki problem, do takich osób należy Agata z bloga agasutasz. Aga wpadła na genialny pomysł, by to czego sami nie mamy serca doprowadzić do końca, zrobił za nas ktoś inny. "Niedokończony projekt ", o szczegółach, którego możecie przeczytać na specjalnie utworzonej stronie KLIK, polega na tym, by chętni wysłali do siebie część swoich zaczętych prac i stworzyli z nich coś fajnego:)


A na zdjęciu zaledwie garstka moich niedoróbek, część skończę sama, ale niektóre z nich zapewne obrócą się w kupkę koralików:) chyba, że ktoś zdecyduje się dać im nowe życie:))

Mam nadzieję, że przynajmniej kilka osób skorzysta z pomysłu Agaty, zwłaszcza, że jest on niezwykle kreatywny. Nie jest to kolejna blogowa wymianka, lecz bardziej wyzwanie, skierowane do tych, którzy nie boją się pokonywania własnych ograniczeń. Może być bardzo ciekawie gdy sutaszystka weźmie się za niedorobioną broszkę np. mojej produkcji, oczywiście nic na siłę i wszytko zostanie z góry ustalone tak by  każdy wiedział w co się "pakuje" ;).

Skontaktujcie się proszę z Agatą, ona poprowadzi projekt i zadba o jego sprawny przebieg. Wy zaś jeśli macie ochotę napiszcie w komentarzach co o tym myślicie, oczywiście zostawienie komentarza nie jest równoznaczne z wzięciem udziału w projekcie. 


Pozdrawiam ciepło :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Neverwhere, broszka

Rezerwuar rzeczy zaczętych z zamiarem dokończenia ich "później", które nigdy nie nadejdzie, rozrósł się do rozmiarów uniemożliwiających zapanowanie nad nim kiedykolwiek. Zaczęłam je nawet odkładać do specjalnego pudełka, na tyle ładnego by pełniło funkcję przebłagalną, bo do przedmiotów wykonywanych własnoręcznie zawsze odnosiłam się w sposób nabożny, zatem i te robione acz niedorobione zasługują na szacunek. Nie będę wnikać w zawiłości swej natury i dochodzić przyczyn tej rękodzielniczej prokrastynacji w nadziei, że też tak macie lub na sali jest lekarz i coś poradzi :) 
Z organizacją też u mnie ostatnio gorzej, chociaż zawsze byłam wzorem cnót wszelakich, zdolnym zapanować nad wszystkim, cofnąć czas, teleportować się, sklonować i rozszczepić atom :) a teraz bransoletki skończyć nie mogę! Ale najgorsze co mam do wyjawienia, dopiero przed wami, otóż zrobiłam broszkę i o niej zapomniałam! Co więcej, byłam przekonana, ze już ją pokazywałam, po czym dotarło do mnie boleśnie, że przez własne zapominalstwo wysłałam ją w niebyt, porzuciłam jak wyrodna beadingerka. Bicie się w pierś nie ma sensu bo mam słuszne amortyzatory, ale naprawdę jest mi wstyd, serio, od poniedziałku biorę się za ogarnianie tej anarchii. 


Broszka jest bardzo udana (dlatego wciąż nie pojmuję jak mogłam o niej zapomnieć), jej centralny punkt to bardzo czarny, niemal matowy howlit, kolor trochę ryzykowny bo łatwo go stłamsić lub przerysować, dlatego wybrałam ciemne koraliki o dużym połysku.


Kaboszon góruje nad całą kompozycją, aby nie wyglądał jak obiektyw aparatu:) obszyłam go z obu stron kamienną sieczką. Na zdjęciu powyżej - sieczka kamienia księżycowego, pięknie mieniąca się w słońcu.


Po przeciwnej stronie - sieczka Nocy Kairu, nie mniej błyszcząca w słonecznych refleksach.


Całość obszyta koralikami Toho 15o, 11o oraz Hex 8o w kolorach: Metallic Nebula, Opaque Jet, Gold Lustered Pale Wisteria, Gold Lined Rainbow Crystal, Gold Lustered Montana Blue, Metallic Hematite oraz Fire Polish 3mm Metallic Bronze i Montana Blue.


Tył podkleiłam niebieską ekoskórką i zamontowałam zapięcie w kolorze starego złota. Wymiary broszki to zaledwie 4,4 cm na 3,2 cm.


Czyli mała broszka z dużym potencjałem, na jasnych kreacjach będzie prezentować się godnie i elegancko.

Dziękuję Wam za przemiłe komentarze pod poprzednimi postami i za to, że tu zaglądacie, mam nadzieję, że i tym razem znajdziecie tu coś dla siebie.

Pozdrawiam ciepło:)
Słuszne amortyzatory należą do męża, może na nie patrzeć :**

wtorek, 1 kwietnia 2014

Purity na bis, broszka

Nie lubię dwa razy robić tej samej rzeczy, oczywiście w koralikach :), w codziennym życiu raczej trudno uniknąć rutyny i powtarzalności. Nie w tym rzecz, że nie potrafię uszyć dwóch identycznych broszek lecz najzwyczajniej w świecie tego nie znoszę. Po pierwsze, proces odtwórczy oddarty jest z elementu zaskoczenia i całej tej wciągającej atmosfery koralikowej przygody. Po drugie, doskonale znane tym z was, którzy chociaż raz pracowali z kamieniami - nie da się dobrać dwóch takich samych kamieni. Przynajmniej w przypadku jaspisów szarych. Niemniej jednak od każdej reguły są wyjątki, nie w przypadku jaspisów rzecz jasna, ale w kwestii mojej niechęci do wykonania dwa razy tej samej pracy. Dałam się przekonać pewnej sympatycznej kobiecie, świadomej ograniczeń o jakich poinformowałam ją w nadziei, że się zniechęci :) i uszyłam dla niej Purity. Nie jest to TA sama, identyczna i dziewicza broszka, którą popełniłam w zeszłym roku, ale ozdoba do złudzenia ją przypominająca. Przyznać muszę, że było to cenne, acz dziwne doświadczenie, wcale nie poszło mi szybciej pomimo posiadanej wprawy, a na dodatek co chwila doznawałam déjà vu. Jednak broszka wyszła zacnie :)


Wykonałam ją z tych samych materiałów (z małymi odstępstwami) co jej poprzedniczkę. Jaspis szary w otoczeniu koralików Toho, sieczka z kamienia księżycowego, perły hodowlane oraz koraliki Fire Polish. Niestety wcięło mi kamyczki cytrynu dlatego w tej wersji broszki ich zabrakło :(


Niewprawne oko w ogóle nie zorientuje się, że to nie ta sama broszka :) Nowa właścicielka jest z niej bardzo zadowolona i to jest dla mnie najważniejsze.


Niestety aparat był już nieco mniej zachwycony, płatając mi co chwilę figle. 


Pozostając w temacie tego co już było, pochwalę się kilkoma miłymi rzeczami, które ostatnio mi się przydarzyły, na tyle jednak dawno, że zdążyłam już o nich zapomnieć ;) Po pierwsze wyróżnienie szuflady dla mojego pierścionka. 
Po drugie wygrana w walentynkowym konkursie Preciosy, którą chwaliłam się już na moim fanpagu. Tak, wiem Walentynki były niemal dwa miesiące temu :)))
Przesympatyczna Bunia S z bloga Biżuteria Buni, przyznała mojemu blogowi Liebster Award, za co serdecznie jej dziękuję, jednocześnie przepraszam ją mając nadzieję, że się nie pogniewa, ale nie przekażę pałeczki dalej. Odpowiem jednak na jej pytania bo są fajne:

1Jakie jest Twoje motto życiowe?

Wszystkie motta są fajne, ale żadne nie jest życiowe ;) W ogóle odnoszę wrażenie, że większość tych co pisali złote myśli nie miała o życiu zbyt dużego pojęcia. Na przykład "kto rano wstaje ...", ja nie wiem jak wy, ale ja rano jestem niewyspana i chce mi się siku.

2. Gdy masz zły dzień to co poprawia Ci humor?(poza koralikami)

Niestety tylko koraliki poprawiają humor, a jeśli nie mam koralików to nastrój poprawia mi kupno koralików.

3. Czym jest dla Ciebie szczęście?

Jest dla mnie stanem umysłu, szczęśliwym trzeba umieć być, stan posiadania nie ma z tym nic wspólnego. Oczywiście dużo łatwiej być szczęśliwym gdy się ma na koraliki :)

4. Gdzie znajdujesz inspirację do swej twórczości?

Wszędzie, ostatnio jednak w naturze.

5. Wymarzony urlop?

Chciałabym zobaczyć Himalaje, nie muszę na nie wchodzić, wystarczy mi ich widok z hotelowego okna:)

6. Jeśli mogłabyś spełnić swoje jedno życzenie to czego byś sobie życzyła?

Dżina spełniającego wiele życzeń :)

7. Od czego zaczęła się Twoja przygoda z tworzeniem?

Od potrzeby, bo jak wiadomo jest ona matką wynalazku. 

8. Największy życiowy sukces jaki był lub do jakiego zmierzasz?

To co napawa mnie dumą, dla niektórych może być błahostką, a dla innych przechwalaniem, więc pomilczę wymownie.

9. Twoja największa wada?

Niestety mam ich sporo, ale absolutnie mi nie przeszkadzają więc nie będę żadnej faworyzować. To pytanie powinno być skierowane do tych, co muszą za mną żyć :)

10. Jakie nowe techniki robienia biżuterii chcesz jeszcze wypróbować?

Kusi mnie i nęci Sutasz.


Dziękuję, że dotrwaliście do końca tego mało oryginalnego posta i ogromnie dziękuję, że do mnie zaglądacie. Witam również nowych obserwatorów, mam nadzieję. że zostaniecie ze mną na dłużej. Pozdrawiam ciepło!

PS Mamy Prima Aprilis więc traktujcie dziś wszystko z przymrużeniem oka ;) 




wtorek, 25 marca 2014

Lorelei znad Renu, wisior

Po tytule nie trudno się domyślić, że i ja uległam powabowi Kufrowego wyzwania i przygotowałam pracę inspirowaną germańską mitologią. Doedukowałam się, że imć Lorelei była dziewicą zdradzoną przez kochanka, która po tragicznej śmierci odrodziła się jako syrena, w akcie zemsty wabiąca żeglarzy na pokuszenie i pewną śmierć. Zanim jednak poznałam tę historię rodem z policyjnych kronik, imię Lorelei kojarzyłam tylko z piosenki Kapitana Nemo. 
Wszelkie bajki i legendy lubię bardziej niż bardzo, ale im głębiej się w nie wczytuję, tym bardziej ogarnia mnie przekonanie, że tylu przestępców co w baśniach, nie ma nigdzie indziej. Pomijam fakt, że Lorelei łatwo nie miała, facet ją zbałamucił i porzucił, ale żeby zaraz mordować? Socjopatka pełną gębą i do tego z kompleksem Edypa, bo jak już sobie nagrabiła, to schroniła się u ojca na melinie, przepraszam - mieliźnie, bo to było dno rzeki Ren. I na dokładkę ci żeglarze co to lgnęli do niej, ginąc nędznie i zapewne w męczarniach. Usprawiedliwia ich jedynie fakt, że uroda kobiet z tamtych terenów do dziś jest, yhm legendarna:), więc taka syrenia femme fatale istotnie mogła stanowić łakomy kąsek.


Tytułem wyjaśnienia wymyślnej formy wisiora, napomknę tylko szybko, że Lorelei w momencie zagrożenia linczem przez rozwścieczonych krewnych niezliczonych denatów, zwróciła się do ojca o pomoc. W tym celu wrzuciła do wzburzonych wód Renu sznur pereł, dzięki czemu ojciec zabrał ją do siebie, czyli na dno. Dna głębokich rzek zwykle pokrywają jakieś wodorosty, jednak pewności nie mam, bo rzadko bywam:)


A rzeczna flora w moim mniemaniu wygląda jak na powyższej fotce. Może też być koralikową interpretacją omszonych zboczy góry Loreley, na której urzędowała mityczna seryjna zabójczyni nosząca to samo imię. Do wykonania tych patyczków, frędzli lub rafy jak ktoś woli, użyłam koralików Toho 11o w kolorach Metallic Iris Green Brown i Transparent Frosted Olivine oraz plastikowych, szklanych i hodowlanych pereł rzecznych.


Perły wspomagane fasetowanymi kryształkami pojawiają się w całej pracy w formie wijących się sznurów. Również nośnik to prosty naszyjnik (około 58 cm długości), wykonany z małych perełek, przeważnie plastikowych. Mam zamiar wydziergać jeszcze jeden naszyjnik, nieco mniej w klimacie "I love my daddy", a bardziej "I hate my lover", niestety wyszły mi koraliki w pożądanym kolorze:(

Aktualizacja z 23.04

Nowy sznur, bardziej mroczny, ale i stonowany to twisted tubular herringbone rope z toho 11o w kolorze Metallic Hematite oraz kuleczek 3 mm perełek w podobnej barwie.


Jeśli macie ochotę na wykonanie podobnego sznura to zapraszam do mojego tutoriala --> KLIK


Ten piękny kamień o nietypowym kształcie, to bardzo gładka płytka (raczej nie plaster) agatu z kwarcem. Kamień leżał sobie smutno kilka miesięcy, bo raz, że niezwykle smętny kolor, dwa - posiadał skazę. Skazę ukryłam pod koralikowymi "wijcami", a mroczny oplot wydobył z kamienia głęboki kolor, który przywodzi na myśl zmąconą rzekę.


Szczególnie warta uwagi jest kwarcowa część tego kamienia, niestety zdjęcia wyjątkowo mi nie wyszły. Idealnie płaska tafla minerału w połączeniu ze światłem robi prawdziwe czary z wisiorem - tu też musicie uwierzyć mi na słowo.


Są w nim męty i odmęty, ciemność i strach, jednym słowem koszmar rzecznego żeglarza:)


Tył podszyłam ciemno oliwkową ekoskórką i dodałam element zaskoczenia w postaci kilku perełek i koralików, tak na wypadek gdyby wiatr zawiał i obrócił wisior.


Część "dyndajaca" ma około 9,5 cm wysokości wraz z frędzlami i zawieszką, czyli taki sobie.


Loop wykonałam tzw. square stitchem, który ze względu na jego uniwersalność serdecznie polecam!



Mnogość użytych koralików wprawiła w osłupienie nawet mnie samą, nie podam więc ich szczegółowych nazw, jednakże w przeważającej mierze są to różne odmiany Hematite, Olivine oraz Lt Beige.

Oto Lorelei, syrenia psychopatka znad rzeki Ren. Pracę zgłaszam na wyzwanie Kreatywnego Kufra.


Jeśli czas i pogoda pozwolą, zrobię kilka bardziej godnych zdjęć, z tych jestem wybitnie niezadowolona :( Wisior wygląda w rzeczywistości o niebo lepiej!

Gwoli ścisłości dodam, że praca jest moja i autorska oraz nie inspirowana niczyim projektem, zaś techniki wykorzystane do jej stworzenia są ogólnodostępne i wcześniej, wielokrotnie wykorzystywane w moim warsztacie twórczym. Forma, kolorystyka i użyte materiały, są w dużej mierze podyktowane wymogami wyzwania Kreatywnego Kufra. 

Pozdrawiam wszystkich ciepło:)

Kocham Cię mężu :**