środa, 19 listopada 2014

Darkness, wisior

Dziś miałam pokazać inną pracę, ale pogoda nie sprzyja fotografowaniu, więc leży z koleżankami i czeka na promienie słońca, lub jakąś ich namiastkę. Niestety meteorolodzy nie mają pomyślnych prognoz na kolejne dni, dlatego pokazuję pracę "ratunkową". Tak, mam prace ratunkowe, na wypadek lenia/choroby/kiepskiej pogody na zdjęcia/rabunku :) niestety, mój rezerwuar zaczyna się kurczyć. Ten wisior swoje już przeszedł, od lutego poprawiałam go wiele razy, a nawet, w swojej pierwotnej wersji, zdążył wziąć udział w jakimś konkursie. Nie powiodło mu się, co było powodem wspomnianych poprawek. Teraz prezentuje się tak:


Głównym elementem tej ozdoby jest onyksowa kula, oplotłam ją peyotem, koralikami toho w kolorze antycznego złota w dwóch rozmiarach, do całości doszyłam spore ilości chaszczy:)


Szłam na żywioł, więc nie potrafiłabym dziś opleść jej tak samo, ale jeśli macie ochotę zrobić podobne spiralne przejścia, to możecie skorzystać z tego tutka --> KLIK


Resztę stanowią gęste krzaczory ze szklanymi listkami od Preciosy i czeskimi biconkami, które wnoszą tu odrobinę mroku. Nie jest to więc wisiorek dla słodkich dziewczynek, chyba że na pogrzeb chomika :) A tak serio, świetnie się nada do swetra lub czegoś bardziej eleganckiego.


Ozdoba nie jest duża, zawieszka ma około 7 cm długości, umieściłam ją na sznurze koralikowo szydełkowym z piętnastek, które nawiasem mówiąc, są tak krzywe, że powinni je rozdawać z dopłatą.


Nośnik jest bardzo plastyczny i można go wykorzystać na inne sposoby, na przykład jako bransoletkę, a wisiorek zawiesić na łańcuszku, w ten sposób ozdoba tak szybko się nie znudzi. Niestety nie zobrazuję tego żadną fotką, mrok za oknem i te sprawy.


A tak wyglądał wcześniej. Licho trochę.


Na koniec coś nie związanego z biżuterią, w każdym razie nie dosłownie. Mój licznik szybko zbliża się do magicznych 200 tysięcy, co oznacza ni mniej ni więcej, jak jego ŁAPANIE! Pierwsza osoba, która prześle mi printsceen z 200 tysiącami na moim blogowym liczniku, dostanie ode mnie paczkę z półfabrykatami, które nie są mi do niczego potrzebne. Oczywiście elementy są nowe i nie używane, po prostu leżą i się kurzą. Proszę więc o przemyślany udział w zabawie, jeśli szklane krzywulce, zaciski, akrylowe koraliki, karabinki, zawieszki, przekładki itp nie są Wam do niczego potrzebne, dajcie szanse innym. 
O pierwszeństwie, nie będzie decydować kolejność zgłoszeń, a ZEGAR, który zamieszczę przy liczniku, to on powie mi kto pierwszy zrobił zrzut ekranu. "Screeny" proszę przesyłać na mój blogowy adres mailowy.

Pozdrawiam ciepło!

czwartek, 13 listopada 2014

Tumbling Blocks, bransoletka i kolczyki

Ostatnio wpadło mi w oko kilka instrukcji na niesamowitą biżuterię, sukcesywnie je realizuję, ale w międzyczasie przychodzą mi do głowy inne pomysły i jakoś tak nie mam okazji na zaprezentowanie efektów moich zmagań z cudzymi projektami. Niedawno stałam się właścicielką kilku archiwalnych numerów Beadwork, ten projekt Sue Maguire o wdzięcznej nazwie Tumbling Blocks pochodzi z jednego z nich. Zresztą, ostatnimi czasy to bardzo popularny wzór, może dlatego, że wbrew pozorom jest mało skomplikowany, niestety jest też dość pracochłonny. Tak czy inaczej, podbił i moje serce.


Moja wersja kolorystyczna jest kontrastowa i bliska zamysłowi autorki, jedyną znaczącą zmianę stanowią koraliki, ja użyłam Toho 15o zamiast sugerowanych treasure. Wyszła z nich bransoletka o długości około 19 cm.


Oprócz tego, że dzięki tak drobnym koralikom faktura jest bardziej subtelna, są i wady. Otóż elementy nie utworzyły jednolitej, gładkiej powierzchni. Co nieco odstaje i tworzy ostre wybrzuszenia, którymi jestem zachwycona!


Szczerze mówiąc wolę takie pofalowane niż wyprasowane :) W miejscach łączeń dodałam kryształki Fire Polish 3 mm i nowość 2 mm, co też podoba mi się bardziej niż "dziury" w oryginale.


Do bransoletki zrobiłam małe kolczyki na bazie projektu Sue. Są tak lekkie, jakby ich w ogóle nie było.


Mają ledwo 3 cm długości z biglem i bardzo milutko dyndają :)


Zaczęłam już szyć kolejne ozdoby z wykorzystaniem tych małych trójkącików, okazuje się, że odpowiednio połączone dają multum niezwykle ciekawych efektów.


Na koniec pochwalę się wyróżnieniem Szuflady w "Fioletowym" wyzwaniu. Niespodzianka o tyle miła, że spotkała mnie w wyjątkowo kiepski dzień. No cóż, jesień mnie nie rozpieszcza, jak nie chandra to migrena. 


Za wyróżnienie ogromnie dziękuję, a Wam życzę pogodnych dni i dużo słońca.
Pozdrawiam ciepło!

czwartek, 6 listopada 2014

Wedding Gift, broszka

Listopad to pora mało ślubna, niewiele par wybiera ten miesiąc na zawarcie związku małżeńskiego. Zimno już, szybko robi się ciemno, często pada, plenery niepewne, a w nazwie miesiąca nie ma "r". Z drugiej strony nie ma problemów z terminami, łatwiej o zniżki i się człowiek mniej poci ;) Ja brałam ślub w listopadzie i nie żałuję. Ale ja nie o sobie miałam pisać, a o podarkach ślubnych. 

Czy wiedzieliście, że dawniej przyszli małżonkowie dawali sobie prezenty ślubne? Nie mam tu na myśli stada kóz dla rodziny panny młodej, ale nie mniej kosztowne upominki, jakie zazwyczaj pan młody ofiarowywał swojej wybrance w dniu ich ślubu.
Dajmy na to taki książę Albert, w 1840 roku podarował królowej Wiktorii broszkę z imponującym szafirem w otoczeniu okazałych diamentów. Dumna królewska oblubienica przypięła ją do sukni ślubnej. Dziś ten sam klejnot nosi jej potomkini Elżbieta II. 

Nie mając nadziei, że miłościwie panująca królowa zechce w najniższym czasie sprzedać tę piękną broszę, ani na to, że w niedalekiej przyszłości znajdę się w posiadaniu jakiegoś miliona funtów na jej zakup, zrobiłam sobie własną wersję "broszki Alberta". Chociaż właściwsze będzie stwierdzenie, że zainspirowałam się tą ozdobą i stworzyłam coś na kształt.



Rzecz jasna miałam do dyspozycji mniej kosztowne półfabrykaty i wybrałam zupełnie inną technikę, lecz produkt finalny bardzo przypadł mi do gustu. Nie planuję ponownie wychodzić za mąż, ale z pewnością ubiorę tę broszkę na wielkie wyjście, z mężem oczywiście :)


W samym centrum broszki znajduje się szafirowe szkło fusingowe z pracowni Apandany, które mieni się zatopionymi wewnątrz "złotkami", ale konsekwentnie odmawia sfotografowania :)


"Szafir" otoczyłam perłami słodkowodnymi, a wszystko przyszyłam koralikami Toho treasure w kolorze Nickel.


Tył podszyty naturalną skórą kozią barwioną na niebiesko. Przy tej wielkości broszki i licznych zawijaskach na krawędziach, musiałabym chyba szyć włosem by szwy były mniej widoczne, dlatego wybaczcie ten nieco toporny efekt. Wygodne zapięcie daje możliwość noszenia broszy w formie naszyjnika.


Pasuje też do mojego szalika :) A tak prezentuje się oryginalny klejnot królewski:

Żródło

Jestem ciekawa Waszej opinii o dawnej biżuterii i czy kiedykolwiek tego typu klejnoty były Waszą inspiracją do wykonania biżuterii z koralików? 


Ja jestem wielką broszkomaniaczką i z pewnością zrobię jeszcze dla siebie jakąś koralikową replikę. 

Póki co zapraszam Was serdecznie do lektury krótkiej historii broszki mojego autorstwa, którą możecie przeczytać w najnowszym numerze gazetki Bead Beauty. Pisemko jest darmowe i możecie je ściągnąć wchodząc na stronę sklepu Beadbeauty.pl --> KLIK W najnowszym numerze znajdziecie również bardzo fajny konkurs z atrakcyjną nagrodą.

Pozdrawiam ciepło!


poniedziałek, 3 listopada 2014

Autumn Leaves, kolczyki

Często jest tak, że biorąc kamyczek do ręki, wiem od razu czym się stanie. Tym razem miałam do dyspozycji dwa bliźniacze kaboszonki, więc wybór nie był za duży, ale też do niczego innego mi te jaspisy nie pasowały. To musiały być kolczyki i basta. Wyszło bardzo jesiennie, na czasie :)


Tak małe formy mają swoje ograniczenia,  nie można ich opleść zbyt dużą liczbą koralików, dlatego poszalałam z frędzlami.


Liście zwisają malowniczo i w przeciwieństwie do tych wciąż złocących się na drzewach, nie spadają, Dodałam też trochę kropelek od Preciosy i sporo kryształków Fire Polish.


Wyszły mi liściaste kiście, które wbrew pozorom ucha nie urywają.


Montowane do ucha za pomocą sztyftu i bardzo wygodnej silikonowej zatyczki. Tył podszyłam Ultrasuede w limonkowym kolorze. Kolczyki mają około 5 cm długości i przyjemnie szeleszczą podczas noszenia :) Na razie nosi je moja plastikowa modelka.


Zrobiłam je z myślą o Asi z Różanego Kącika, a dokładniej na jej urodzinowe wyzwanie. Starałam się najwierniej oddać kolorystykę i charakter fotograficznej inspiracji:


Do końca konkursu zostało jeszcze kilka dni, więc spieszcie dołączyć do zabawy.


***
Na koniec chciałam się pochwalić wyróżnieniem Art Piaskownicy i Kreatywnego Kufra w "kolektywnym" wyzwaniu kolorystycznym, moja broszka przypadła jury do gustu, yupi! :)


Wczoraj zaktualizowałam mój wpis o niciach do haftu koralikowego, jeśli chcecie poczytać o moim nowym nabytku - niciach K.O. i wosku do nici to zapraszam do lektury --> KLIK Nie widziałam sensu w pisaniu nowego posta, dlatego uzupełniłam stary, mam nadzieję, że taka korekta przypadnie Wam do gustu.

Dziękuję za odwiedziny i każdy komentarz, cieszę się, że do mnie zaglądacie. Pozdrawiam listopadowo!


niedziela, 26 października 2014

I Love Purple, klipsy

Kolejne klipsy do mojej kolekcji, chociaż nie będę się bardzo zapierać, że ich nie oddam :) Mój zapał do pracy nadal nie rozgorzał, ale z całą pewnością ma się lepiej niż ostatnio, chcąc wykorzystać sprzyjające wiatry, "machnęłam" te małe ozdóbki. 
Bardzo lubię kolor fioletowy w każdej jego odmianie, dlatego ogromnie ucieszyłam się na wyzwanie Szuflady z tą barwą w roli głównej. Do tej pory zgłoszono wiele fantastycznych prac, ale i ja postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze. Oto one.


Zdecydowanie "dyndajace" jednak w akceptowalny sposób, bo mało obciążający ucho :) Całość jest zadziwiająco lekka.


Na frędzelkach zawisły szklane listki i kropelki od Preciosy oraz kilka kryształków Fire Polish, które nawiązują do jesiennych deszczy i spadających liści. Trudno to dostrzec, ale użyłam kilku odcieni fioletu, wszystko jednak się "wymieszało" :)


W roli głównej wystąpiły pięknie opalizujące, kremowe pastylki masy perłowej.


Niełatwo oddać ten blask, tym bardziej, że od dawna nie było słońca nad moją okolicą :(


Tył podszyłam fioletowym Ultrasuede.


Klipsy mają około 6 cm długości wraz z frędzlami, nie są więc olbrzymami :)


I na "ludziu" :)


Do ich wykonania użyłam w przeważającej mierze koralików Toho w kolorze Metallic Amethyst Gun w kilku rozmiarach, ale posiłkowałam się też kolorem Transparent Med Amethyst i Gold Lustered Amethyst. Kryształki FP 3 mm również w kilku odcieniach, za Chiny nie pamiętam jakich :))


Mam nadzieję, że takie wydanie klipsów (które, tak na marginesie, można zaadaptować na kolczyki) przypadło Wam do gustu.

Dziękuję, że do mnie zaglądacie, komentujecie i dołączacie do grona obserwatorów, co cieszy mnie niesamowicie. Ostatnio brakuje mi czasu by odwdzięczyć się rewizytą, ale postaram się nadrobić zaległości.  Przepraszam również, że nie komentuję na blogach, na których można to robić tylko posiadając konto google plus, nie mam takiego konta i nie bardzo chcę mieć, więc tylko oglądam Wasze piękne prace.

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 20 października 2014

Call Of Blood, broszka

Mój zapał do pracy ewidentnie zdezerterował, najpewniej do ciepłych krajów, kto wie, może nawet poprosił o azyl bo nie ma zamiaru wracać do swojego oprawcy ;) Tak czy inaczej, nie chce mi się. Nic. W dodatku okrutnie. Niemniej jednak odczuwam dyskomfort z tego powodu i zmuszam się na wszelkie sposoby, dlatego sięgnęłam po środek zwykle sprawdzający się w sytuacjach permanentnej prokrastynacji - konkursy. Nic mnie tak nie mobilizuje jak goniące terminy, presja, współzawodnictwo i jasne, odgórne zasady, skutek lat szkolnego terroru ;))) Może i nie jest to zbyt prozdrowotne, ale działa. Tym razem w oko wpadło mi wyzwanie Art Piaskownicy i Kreatywnego Kufra, o tyle ciekawe, że nie sponsorowane, więc jedyne na co można liczyć to "uścisk dłoni prezesa" ;)


Wyzwanie dotyczy kolorów, a dokładnej czerni, szarości i bieli oraz jednego, innego dowolnego koloru, ja postawiłam na czerwień. Oto dość mroczna broszka na bogato. Przez tę intesywną barwę korala, kojarząca się co poniektórym z wampirami ;)


Do jej wykonania użyłam pastylki naturalnego korala i trzech białych pereł słodkowodnych, które tchnęły życie w tę czarną otchłań.


Są wodne skarby, nie mogło więc zabraknąć "wodorostów" :) Tym razem frędzelki przybrały formę dwukolorowych listków, jest ich sporo, ale przynajmniej jest co głaskać ;)


Koraliki to Toho w kolorach Opaque Jet, Opaque Frosted Jet i Metallic Hematite, wszystkie w rozmiarze 11o i 15o oraz Treasure 12o.


Tył podszyty czarną, naturalną skórą, zapięcie z zabezpieczeniem w kolorze srebra. Ozdoba jest spora, jak na mnie, ma w najszerszych miejscach około 6 cm na 4,8 cm. 

Broszka bardzo efektownie wygląda w zestawieniu z szalami, jest na tyle duża, że z łatwością chwyci grubą dzianinę.


Na "ludziu" też wygląda niezgorzej. Tak, mam na sobie dres ;)


Kolejną jej zaletą jest to, że może stać się naszyjnikiem, wystarczy odpowiedni nośnik (w tym wypadku sznur szydełkowo koralikowy z piętnastek, pożyczony z innego naszyjnika), który należy umieścić pod zapięciem i gotowe.


***

A na koniec coś miłego, otóż tydzień temu Ranya wyróżniła mnie nagrodą Liebster Award, za "dobrze wykonana robotę". 


Beatko, bardzo Ci dziękuję za to wyróżnienie i miłe słowa :* Z przyjemnością odpowiem na pytania, które zadałaś mi w ramach tej zabawy:

1. Kiedy byłam mała chciałam zostać... Najprawdopodobniej dorosłą, dzieci czasami mają dziwne pomysły. Podobnie jak większość małych dziewczynek chciałam też być taka jak mamusia.
2. Gdybym mogła jeszcze raz wybrać szkołę... Pewnie nie wybierałabym ponownie, bo na edukację wczesnoszkolną nie ma się większego wpływu, trzeba chodzić i nie ma zmiłuj, co do kolejnych etapów edukacji to chyba dobrze wybrałam za pierwszym razem ;)
3. Mój żywioł to... ostatnio jestem mało żywiołowa ;)
4. Praca znaczy dla mnie... jeśli jest jednocześnie pasją to znaczy bardzo wiele, jeśli jest wykonywana z obowiązku, to jest marnowaniem czasu, ale wiadomo, z czegoś trzeba żyć i mieć na koraliki.
5. Weekend jest po to, by... ładować akumulatory na cały tydzień.
6. Moje blogowe znajomości pomagają mi w... zdobywaniu wiedzy, uczeniu się nowych rzeczy i spędzaniu miło czasu z niezwykłymi ludźmi.
7. Gdybym miała tylko jedną godzinę na przygotowanie prezentu urodzinowego... zależy dla kogo ten prezent, każdy ma przecież inne oczekiwania a w dawaniu prezentów chodzi o to, by zrobić komuś miłą niespodziankę. 
8. Moja druga połówka o moim hobby... Wspiera i rozumie, a czasami nawet daje drobne na koraliki ;)
9. Przeczytałam, czytam, chcę przeczytać ...zasadzie to zdanie trafnie określa mój podgląd na książki :)
10. W lodówce muszę mieć... światłożeby widzieć gdzie leżą kabanosy ;))
11. Boję się, że... przestaną produkować koraliki ;))

Przewertowałam swój blog w poszukiwaniu zeszłorocznych wyróżnień i zauważyłam, że nominowałam już sporo osób to Liebstera, w związku z tym, jeśli się nie pogniewacie, tym razem nie nominuję nikogo.

Pozdrawiam ciepło ;)

poniedziałek, 13 października 2014

Nietypowy post misiowy i wyróżnienie

Czasy gdy bawiłam się lalkami odeszły bezpowrotnie, niekiedy tylko towarzyszę zabawom zaprzyjaźnionych i spokrewnionych małolat. Przyznam szczerze, że nie ogarniam za bardzo tych dzisiejszych zabawek, ale miś, miś to co innego :) Misie kochają wszyscy, nie spotkałam się jeszcze z człowiekiem, który gardziłby misiem. Prawdę mówiąc, do niedawna nie miałam nawet pojęcia, że mój mąż tak bardzo je kocha, a dokładniej tego jednego  :) 
Od kiedy nauczyłam się operować szydełkiem, zawsze coś dziergałam. Okres misiowy był jednym z dłuższych w mojej "karierze" i nie wiedząc czemu, zarzuciłam go kilka lat temu. Zatem ta przytulanka jest zdecydowanie początkiem kolejnej serii, bo już wiem, że miśków będzie więcej.


Odrobinę wypadłam z obiegu, dlatego przewertowałam cały internet w celu znalezienia inspiracji, odkryłam jedynie, że misie nie zmieniły się ani trochę. Jako, że nigdy nie posiłkowałam się żadną instrukcją, ani niczyim pomysłem, to i tym razem poszłam na żywioł. Miś to krucha istota, wypadałoby aby był unikalny, nie śmiałabym kalać jego delikatnego jestestwa jakimś klonem. Miś jest jeden, drugi taki sam nie ma racji bytu :)


Do jego wykonania użyłam zachomikowanej włóczki akrylowej Kotek, w kolorze jasnego brązu. Lubię nią pracować, zwłaszcza robiąc szale i czapki, ale jak widać do misiów też się nadaje.


Oczy i nosek są plastikowe, kupione wielki temu bez większego celu, teraz się przydały. Nie była to więc przeinwestowana złotówka ;)
Niech was nie zwiedzie ta smutna minka, tak misie cieszą się z wygranej naszej drużyny w meczu z Niemcami ;)


Pluszak wypełniony jest poliestrową watoliną z firmy Rayher, pierwszy raz używałam takiego specyfiku i jestem zachwycona! Bardzo to wydajne i niesamowicie lekkie, miś jest sprężysty i trzyma formę, a nawet z odrobiną pomocy potrafi stać. Jeśli macie inne propozycje na misiowe "flaki", to dajcie znać, chętnie się czegoś nauczę od fachowców.


Zabawka ma około 25 cm wysokości i może ruszać nogami, z czego jestem niesamowicie dumna, bo chociaż pewnie to znany trik, doszłam do niego sama. Na razie działa.


Wybaczcie jakość, ale to mój pierwszy w życiu gif.

Kończyny są lekko profilowane, to znaczy, mają zarys kolan i łokci, dzięki czemu miś jest bardziej "ludzki" lub cytując klasyka, miś na skalę naszych możliwości ;)


Jest i misiowe wdzianko, które robiłam dłużej niż samą zabawkę, no ale jak się chce mieć raglanowe rękawy, których nie umie się robić, to tak potem jest:)


Misia zrobiłam z myślą o synku koleżanki, ale mój mąż nie chciał go oddać, dlatego ten egzemplarz zostaje z nami, a ja dziergam kolejnego. Poza tym, to spojrzenie trapisty-fatalisty, mogłoby trochę przygnębić małego chłopczyka i wyrósłby jeszcze z niego jakiś emo :P


Miś często oddaje się zadumie, wybaczcie więc mu tę nagłą zmianę humoru...

*** 
A na koniec podwójne blogowe wyróżnienie, które dostałam od dwóch utalentowanych dziewczyn z pasją, Asi z Różanego Kącika i Olgi z Paciorkowca. Obu artystkom ogromnie dziękuję za miłe słowa o mnie oraz wytypowanie mnie do tej zabawy.




Ażeby ktoś nie pomyślał, że to tak tylko same zaszczyty, przejdę do obowiązków i odpowiem na zadane pytania.

1. Nad czym obecnie pracuję?

Jak zawsze ciągnę kilka srok za ogon, bo inaczej już chyba nie umiem ;) Mam więc na warsztacie naszyjnik, bransoletkę, dwie inne niedokończone bransoletki, kolczyki i przynajmniej trzy następne pomysły oraz ze dwie mgliste wizję kolejnych prac. No i jak zawsze, pracuję nad dyscypliną, systematycznością i nie wydawaniem pieniędzy na kolejne koraliki. Gdybym robiła to zawodowo, właśnie wyleciałabym z roboty ;)

2. Czym moja praca różni się od innych?

Właściwie to nie mam pewności czy w ogóle różni się od pracy innych, bo trudno poznać absolutnie wszystkich lub chociaż większość twórców. Gdyby pytanie brzmiało "czym moje prace różnią się od innych?" mogłabym powiedzieć, że nieuchwytną i nie pozwalającą się zdefiniować cząsteczką mnie samej. Używam tych samych materiałów co wszyscy, korzystam z tych samych technik i robię te same rzeczy, a jednak wyglądają one inaczej niż tamte. Hm, pewnie robię coś źle ;)

3. Dlaczego tworzę i piszę bloga?

Pytać dlaczego tworzę jest jak zastanawiać się czy trawa jest zielona. Tworzę bo jestem typem twórcy, wytwarzam bo czuję wewnętrzny imperatyw, zawsze tak było i nigdy nie zastanawiałam się dlaczego. Po prostu wolę upiec placek niż go kupić, zacerować coś niż wyrzucić, zagrać w planszówkę niż grę komputerową, zająć się koralikami niż plotkami. Myślę, że tworzenie pozwala mi się czuć bardziej "tu i teraz", pełniej i efektywniej. W pewnym stopniu, w ten właśnie sposób, kompensuję otoczeniu mój introwertyzm. Blog jest tego dopełnieniem, zwykle pozwalam się zdominować w rozmowie, a tu mogę "nawijać" do bólu ;)) Mam też możliwość pokazania swoich prac osobom, które podzielają moje zainteresowania, nauczyć się czegoś, wymienić doświadczeniami i poznać nietuzinkowych ludzi. Blogowanie to jeden z lepszych wynalazków XXI wieku, krążą legendy, że można na tym zarabiać ;)

4. Jak wygląda mój proces tworzenia?

Ponoć zanim świat został stworzony, uporządkowany i ułożony, wszędzie panował chaos. Jeśli chcecie zobaczyć jak było przed stworzeniem świata, wystarczy zobaczyć jak pracuję, chaos wszędzie i jedna wielka prazupa. Jestem człowiekiem wręcz pedantycznym, lubię gdy wszystko jest na swoim miejscu i mogę to znaleźć nawet po ciemku, ale gdy zaczynam "tworzyć" wychodzi ze mnie Mr Hyde. Pot, łzy i ofiary w ludziach, a koralik ściele się gęsto. Ale gdy "dzieło" jest skończone (czytaj; po kilku pruciach nareszcie wygląda jak chciałam), ogarnia mnie spokój i przepełnia satysfakcja. Wiem, że PMS można też leczyć farmakologicznie, ale ja wolę koraliki ;)

Zgodnie z regułami zabawy, przekazuję pałeczkę trzem kolejnym, moim zdaniem bardzo kreatywnym, osobom. To naprawdę trudne zadanie, bo takich osób jest zdecydowanie więcej niż trzy, ale dura lex, sed lex.


1. Agata z AgaSutasz
2. Sylwia z Uroczyska Luny
3, Nina z Lore Art

Dziewczyny, Wasza kreatywność wykracza daleko poza blogowe ramy, nie tylko robicie przepiękną biżuterię, ale też tworzycie inne inspirujące projekty. Podziwiam Was za to i zawsze gorąco kibicuję. Będzie mi miło przeczytać Wasze odpowiedzi na 4 powyższe pytania, o ile już na nie nie odpowiadałyście :) Rzecz jasna nie czujcie się przymuszone, a zaproszone.

Dostałam też jeszcze jedno blogowe wyróżnienie, ale może o nim następnym razem, dla zachowania równowagi:)

Pozdrawiam wszystkich jesiennie :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...