poniedziałek, 3 grudnia 2018

Lisek III, broszka

Można powiedzieć, że przez chwilę zamieniłam swoją pracownię na taśmę produkcyjną. Z myślą o zbliżającej się porze obdarowywania innych prezentami, zrobiłam kilka broszek w stylu origami. To chyba najbardziej pożądane, jeśli mogę to tak określić, spośród moich prac. Bez przerwy dostaję o nie zapytania i pomyślałam - czemu nie, skoro mogę zgodnie z prawem podjąć się czegoś takiego jak sprzedaż nierejestrowana. Sytuacja win - win, niech każdy skorzysta, stąd ostatnio możecie oglądać tu wzmożony ruch misternych zwierzaczków.

Chwilę zajęło mi zrobienie tego stada, bo to dość żmudna praca, zwłaszcza, że staram się z całych sił, by wszystko było zrobione dokładnie, z precyzją i z dobrych materiałów. Szyję więc powoli, ale dokładnie.

Dziś przedstawiam największego z gromadki i najbardziej ognistego liska.


Wybrałam dla niego szczyptę bardzo czerwonych koralików Miyuki, które połączyłam z pomarańczowymi i żółtymi Toho i Preciosa. To one są odpowiedzialne za to, że broszka niemal płonie, gdy się na nią patrzy. 

Broszka ma wymiary w przybliżeniu 8 cm na 5,5 cm i super wygląda na płaszczu. Zrobiłam jej jazdę próbną, wpinając w klapę paszcza podczas krótkiego wyjścia i zdecydowanie zwracał uwagę. Plamy nigdzie nie miałam, więc bez wątpienia chodziło o niego. 


Dla kontrastu wybrałam mu fioletowo-niebieski tył z Ultrasuede. Jest to więc całkowicie wegański i cruently free twór, nie licząc mojego pokłutego palca. 


To chyba mój ulubiony lisek, więc nie rozstanę się z nim bez żalu.


Poniżej cała broszkowa załoga.

i z bohaterami poprzednich wpisów (klik i klik)


A jak u was z przygotowywaniem prezentów, macie już wszystkie? Wybraliście może coś handmade dla bliskich? U mnie w tym roku zdecydowanie rękodzielniczo, planuję też sama sobie kupić coś od zdolnej koleżanki, bo czemu nie ;)

Pozdrawiam was grudniowo!


poniedziałek, 12 listopada 2018

Gift, wisior

Jak zapewne każda kobieta lubię dostawać prezenty. Tylko jakoś nie przepadam za niespodziankami, zwłaszcza kupowanymi na oko, dlatego plasuję się w kategorii trudnych do obdarowywania. Proszę jednak nie mylić mojej przypadłości z niewdzięcznością, zawsze cieszę się z prezentów, tylko że jako człowiek do bólu praktyczny, strasznie nie lubię rzeczy niepotrzebnych. Koraliki - zawsze potrzebne, patelnia - w sumie się przyda, rękawiczki i góralskie kapcie - niekoniecznie. Mąż mój raz na jakiś czas dostaje zatem ode mnie maila z linkami do zakupów i sugestie co ewentualnie chcę lub potrzebuję. Problem z głowy, on szczęśliwy, ja zadowolona. Kilka lat temu zaskoczył mnie jednak kompletnie, przywożąc mi z podróży pokaźny pakunek z kamieniami.

Był to czas moich niechlubnych początków z koralikami i nie podejrzewałabym go nawet o takie zakusy. A on wypatrzył gdzieś w górach sklepik z minerałami i kupił mi fantastyczne agaty, malachity i jaspisy. No cóż, przepłacił straszliwie, co przyznał po czasie, ale chciał mi sprawić radość i tak się w istocie stało.

Tak czy inaczej, wówczas nie miałam warsztatu potrzebnego do godnego oprawienia tych skarbów, ale parę lat później odważyłam się tchnąć życie w ten jaspis. Reszta kamieni nadal czeka.

Bardzo chciałam ustroić go w liście, ale takie czysto jesienne nie pasowały mi do koloru kamienia, dlatego zdecydowałam się na zieleń.


Na pewno kojarzycie te listki z innych moich prac (klik, klik). Lubię ten szablon, dlatego z przyjemnością wygrzebałam go z dna szuflady.


Raczej nie będę nosić wszystkiego na raz. Co za dużo, to niezdrowo. 

Wracając do kamienia, ten okaz jaspisu jest naprawdę wyjątkowy. Ma piękny kolor i delikatne spękania, co sprawia, że wygląda intrygująco. Trudno mi było zdecydować jakie kolory będą tu najlepsze, dlatego postawiłam na bezpieczną czerń i srebro. Może to i oklepany zestaw, ale zawsze się sprawdza. 

Miałam jedynie mały zgryz związany z nośnikiem. Pierwotnie zawiesiłam go na ciemno-srebrnej metalowej żmijce, ale coś mi nie grało, więc spróbowałam ze sznurem koralikowoszydełkowym z piętnastek. Na szczęście mam dwa do wyboru - bardzo długi i średni. Brakuje mi tylko takiego krótkiego, niemal pod szyję. Do zdjęcia musiałam go zarzucić na plecy ;)


Na koniec zdjęcia grupowe.

I z ognistym liskiem, którego jeszcze nie pokazywałam, bo czemu nie ;) Taki leśny akcent.


Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 22 października 2018

Lis na bis, broszka

Czasami zarzekam się, że czegoś nie zrobię, a potem jednak robię. Nie przypisywałabym jednak tego faktu kobiecej chwiejności, a sile argumentów, które do mnie w danej chwili przemawiają. W kwestii tak zwanych fundamentalnych zasad życiowych jestem stała, ale pozostałe poglądy u mnie ewoluują i, powiedzieć można, dojrzewam do nich. Tak było z robieniem dwa razy takiego samego projektu, co dawniej wywołałoby u mnie zniesmaczenie na myśl o zalążku jakiejkolwiek masówki. Fuj. Świadomość, że po świecie chodzą dwie osoby w takich samych broszkach, byłaby nieznośna, bo gdzie tu unikalność, indywidualizm, a nawet sztuka za przeproszeniem.

Po latach dotarło do mnie, że jakbym się nie starała, nie ma takiej siły, żeby nawet dziesięć z pozoru takich samych broszek było identycznych. Każda z nich zawsze będzie jedyna i niepowtarzalna, bo po prostu nie da się zrobić dwóch identycznych. Podobne - owszem, identyczne - nie ma szans. Takie prawo haftu koralikowego, że dopóki szyje człowiek, nie maszyna, to koralik za każdym razem będzie inaczej przyszyty. Nie wspominając o kompulsywnych podszeptach wyobraźni, na wykorzystanie coraz to innych kolorów. 

Zrobiłam więc kolejną broszkę liska origami, ciut mniejszego niż pierwowzór, ale w żadnym razie takiego samego. Po prostu nie miałam już koralików, których użyłam wówczas, za to miałam trochę nowych, a i nie pamiętałam dokładnie, jak tamtego wykonałam.


Mniejsza forma wymagała mniejszych koralików, dlatego robiłam go wieki :) ale efekt bardzo mi się podoba.

W tle kolejne liskowe broszki, jeszcze nie obszyte na brzegach, i jak widać, każdy odrobinę inaczej umaszczony. 


Broszka wkrótce trafi do nowej właścicielki, pozostałe jeszcze ich nie mają ;)


Tradycyjnie na koniec pamiątkowe zdjęcie grupowe, tylko gdzieś mi łódkę wcięło. :)



Pozdrawiam Was ciepło!

poniedziałek, 8 października 2018

Autumn Blue, broszka

Uświadomiłam sobie niedawno, że wieki całe nie robiłam małych broszek z kaboszonem, a kaboszonów mam zatrzęsienie, dodać muszę dla ścisłości. Niestety czasu mam zdecydowanie mniej niż kamieni, dlatego takie ozdóbki pojawiają się tu sporadycznie.

Moja koleżanka, z którą nie mogę się spotkać od miesięcy, bo obie cierpimy na chroniczny niedoczas, zdradziła mi, że lubi takie właśnie broszki. Nie konsultowałam z nią ostatecznej formy, co więcej, w ogóle nie powiedziałam jej, co dla niej robię. Przyjdzie, zobaczy ;)



Tego typu broszki nazywam zwyklakami, bo mimo swojej strojności robi się je banalnie prosto i relatywnie szybko. Obszywam kaboszon, dodaję rządek kryształków, wykańczam koralikami i dodaję pikotki. Voila!

środa, 19 września 2018

Indian Summer, letni sweterek

Oto sweterek, o który dostaję mnóstwo pytań, bo mówię o nim i mówię, ale pokazać nie mogę. To znaczy mogę, tylko z tym zabraniem się do rzeczy u mnie wieczny problem. No cóż, zdjęcia nie powalają, ale przynajmniej wyjdę z tego z honorem, bo jak się obiecuje, to dotrzymuje słowa.

Sweterek, albo raczej bluzeczka, ma bardzo prostą formę, powiedziałabym, że prościej się nie da. To coś pomiędzy tym co raczej modne (nie znam się na modzie za bardzo, stąd to raczej), a tym w czym będę się dobrze czuła. W sklepach podoba mi się wiele rzeczy, ale na wieszakach, bo gdy biorę się za mierzenie, okazuje się, że wieszak jest bardziej w trendach. Ubieram się więc zachowawczo i bezpiecznie. Uwierzcie lub nie, ale ten sweterek jest wyjściem z mojej strefy komfortu. Nadal dziwnie się w nim czuję, ale z nieznanych mi powodów, bardzo mi się podoba. Mimo tych kolorowych pasów bardzo fajnie wygląda pod żakietem, albo solo z prostym szalem. Jednym słowem - można go ciekawie ograć.



Unikam w odzieży graficznych wzorów, plam kolorów, geometrii i wszystkiego tego, co niepotrzebnie zwraca uwagę. Odnoszę wrażenie, że nie schlebia to mojej, ostatnio bujniejszej, figurze. Te pionowe pasy, które utworzyła wielobarwna włóczka, to całkiem spora fanaberia w mojej szafie, ale dzianina jest tak miła w dotyku, że w sumie nie zdejmowałabym jej wcale. 

poniedziałek, 10 września 2018

Heartbeat, broszka

Powoli i z wrodzoną ślamazarnością kończę zaczęte projekty i nadrabiam zaległości w pokazywaniu ich na blogu. Niestety taką mam naturę, że trudno mi zmobilizować się do skończenia czegoś, jeśli robię już coś innego. Teraz na przykład pochłonęły mnie włóczki i druty, więc koraliki poszły w odstawkę.

To serce jest jednym z takich porzuconych projektów. Prawdę mówiąc, dziś zrobiłabym je ciut inaczej, może wówczas zabiłoby dla mnie mocnej, a tak poszło w odstawkę na kilka tygodni.

To kolejna próba okiełznania origami w koralikowej formie. Niestety nie znalazłam papierowej składanki z zadowalającą mnie formą serca, dlatego powstał taki oto geometryczny kompromis.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Little Toy, broszka

Bardzo lubię robić biżuteryjne prezenty swoim koleżankom i znajomym. Zawsze jednak najpierw upewniam się, że taki podarek jest pożądany. Niektórzy po prostu nie lubią biżuterii, zapewniam że takie kobiety istnieją ;) Niektórzy nie gustują w takiej estetyce, co również rozumiem, bo sama nie wszystko lubię. Są też osoby, które po prostu nie lubią hendmejdu. W tym wypadku miałam pewność, że moja wielogodzinna praca spotka się z ciepłym przyjęciem i na pewno sprawi przyjemność obdarowanej, bo ta już od dawna nie szczędziła miłych słów pod adresem moich biżutków.

Broszka w oczywisty sposób nawiązuje do jej przyszłej (teraz już obecnej) roli mamy małej córeczki oraz zamiłowania jeździectwem. Obie te rzeczy połączyłam w broszce - koniku na biegunach. Prezent wręczyłam tuż przed rozwiązaniem na poprawę nastroju i dodanie otuchy. 

Po raz pierwszy wykonałam broszkę dla konkretnej osoby, biorąc pod uwagę jej pasje. To ozdoba, która będzie miała dla niej symboliczne znaczenie i mam nadzieję, zostanie z nią na długo, wywołując uśmiech na twarzy.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Autumn Spirit, broszka

Lubię jesień. Bardzo. Nie przeszkadza mi jej ciemna strona - szaruga, słota, błoto i nieprzewidywalność. Kocham jej kolory, chociaż cieszą krótko, najczęściej do pierwszego silniejszego wiatru. Podoba mi się jej zapach suchej trawy i mokrej ziemi, mroźny o poranku i duszny w południe. Po nieznośnym lecie, za którym nie przepadam, jesień daje mi wytchnienie. 

Nie mogłam odmówić sobie uczestnictwa w kolejnej części tegorocznego konkursu do kalendarza Royal Stone 2019. Chociaż miałam wyjątkowo mało czasu przez wcześniejsze wakacyjne plany. Zdecydowałam się więc na względnie małą formę, coś co będzie mnie cieszyło podczas nadchodzącej pory roku. Mój trencz już nie może się doczekać nowej ozdoby ;)

W tej edycji wytycznymi, poza inspiracją porami roku, są kolory zawarte w palecie konkursowej. Nie licząc czerni, która na szczęście jest dopuszczalna, wykorzystałam właściwie wszystkie sugerowane barwy. Udało mi się nawet ugryźć fiolet, który na początku nie pasował mi do koncepcji. 

wtorek, 17 lipca 2018

Paper Plane, broszka

W całej swojej, nazwijmy to karierze, nie robiłam jeszcze niczego haftowanego koralikami dla mężczyzny. Prawdę mówiąc, nawet nie wyobrażałam sobie żadnego w mojej biżuterii, nie dyskryminując nikogo rzecz jasna. Jeśli jednak pan jakiś gustuje w wielkich i kolorowych biżutach, to nie mam z tym problemu, ale nie trafiłam jeszcze na takiego. Dlatego sporym szokiem była dla mnie prośba mojego męża. 

Tytułem wstępu powinnam nieco nakreślić sylwetkę mojego ślubnego ;) Gdy go poznałam, był typowym absolwentem polibudy, a więc sztruksy, za duży T-shirt i totalny tumiwisizm w kwestii tak zwanego imidżu. Sporo pedagogicznego wysiłku kosztowało mnie przekonanie go, że jednak czasem we właściwym tonie jest dobrze i stylowo wyglądać. Można powiedzieć, że na tę chwilę uczeń przerósł mistrza, bo w szafie jest więcej jego ubrań niż moich. Ba! Mój mąż ma nawet więcej butów niż ja!

Gdy poprosił mnie o broszkę, lekko nie dowierzałam. Zaznaczył, że chce coś niedużego do klapy marynarki. Poprosiłam nawet o pomoc na swoim fanpage'u, co zaowocowało wieloma świetnymi pomysłami w komentarzach. Stanęło na czymś w stylu origami, a że M. interesuje się samolotami (lata na symulatorze), to zrobiłam mu samolocik :)


Samolot jest na tyle mały, na ile pozwalały koraliki. Mniejszy być nie mógł, nie tracąc formy, tak więc nie jest do końca zgodny z oczekiwaniami.

wtorek, 19 czerwca 2018

Fly My Butterfly, broszka

Gdybym miała bez wahania wymienić zwierzę, które najbardziej kojarzy mi się z latem, byłby to motyl. Royal Stone w kolejnej edycji kalendarzowego konkursu postawił na pory roku, mnie się ten pomysł ogromnie podoba, bo jakoś tak z automatu przypisuję konkretnej biżuterii funkcje na kolejne miesiące. Zimą raczej nie sięgam po kolorową biżuterię o szalonych wzorach (chociaż w sumie większość mojej szkatuły taka jest), za to latem lubię ostentacyjne formy. Im bardziej odjechane projekty, tym lepiej. 

Już dawno przestałam się przejmować tym, co powiedzą inni i, co jest dla mnie miłym zaskoczeniem, osoby z mojego otoczenia też coraz częściej ośmielają się nosić wyraziste dodatki. Uważam, że to super pozytywne, w końcu radości wokół nigdy za wiele!

Wracając do motyla, jednego już kiedyś poczyniłam, ale w nieco innej estetyce. Ten miał być bardziej motylowy, ale i szalony, wręcz abstrakcyjny. Co może być bardziej szalonego niż motyl w kwiaty? Ten pomysł był spontaniczny, projekt o A do Z jest mój i dość jasno pokazuje jak myśli mój umysł ;)

sobota, 16 czerwca 2018

Summer Vibes, broszka

Jestem, tak mi się wydaje, w nielicznej grupie osób, która nie lubi lata. Nie to, że darzę je nienawiścią i złorzeczę pod nosem do pierwszych chłodów, ale po prostu nie przepadam za tą porą roku. Mój organizm broni się przed wysokimi temperaturami jak może, fundując mi nieludzkie katusze i narażając na wiele nieprzyjemnych sytuacji. Gdy tylko termometr zaczyna pokazywać okolice 25 stopni, ja schodzę do podziemia w nadziei wyściubienia nosa na okoliczność jakiegoś deszczu lub dopiero jesienią. 

Zima i późna jesień to jest dla mnie czas na życie w najlepszym znaczeniu. Fakt, konieczność ubierania się na cebulkę nie wymaga idealnej figury, co jest niewątpliwą zaletą sytuacji, ale najbardziej na korzyść zimna przemawia to, że mogę wtedy swobodnie oddychać nie pocąc się jak prosiak. Głowa nie boli, nogi nie puchną, serce nie wali jak przed zawałem. Zima to jest to. Niestety mamy lato, a że na emigrację na Islandię się u mnie nie zanosi, to muszę sobie radzić w polskich warunkach jak umiem. 

Z pomocą przychodzą lody. Po prawdzie jem je cały rok, ale dopiero w sezonie mam dostęp do tych naprawdę dobrych - manufakturowych z naturalnych składników i o obłędnych smakach. W moim mieście na szczęście jest kilka świetnych kawiarni ze znakomitymi lodami, a ja jestem ich stałym bywalcem, ewentualnie wysyłam śmiałków po porcje na wynos. Tak czy inaczej, zawsze wybieram mniej kaloryczne sorbety, bo bym się nie zmieściła w żaden sweter.

Lody (oraz bezy) to moja słabość, więc gdy Royal podał kolory do kolejnej kalendarzowej inspiracji - lato, od razu na myśl przyszedł mi ten zimny przysmak.

poniedziałek, 14 maja 2018

Dream Lake, wisior

Jezioro marzeń lub, żeby nie tworzyć niepotrzebnych skojarzeń z popularnym niegdyś serialem, wyśnione jezioro. Taka właśnie pierwsza myśl przyszła mi do głowy, gdy zobaczyłam ten plaster, pięknie niebieskiego agatu. To niesamowite kamienie, zwłaszcza te w plastrach. Chociaż sztucznie barwione, mają w sobie coś magicznego. Chwilę mi zajęło, zanim wymyśliłam, jakie będzie jego biżuteryjne przeznaczenie i jakie kolory mu dobiorę do towarzystwa. Ostatecznie padło na srebro i filigran do spółki. 

Filigran właściwie jest zawieszką, ale znakomicie nadaje się do wkomponowania w haft koralikowi, bo łatwo go przykleić i dla pewności przyszyć w kilku miejscach. Taką cykadę mam jeszcze jedną, a poprzednią wykorzystałam dawno temu w innym wisiorze. 

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Origami Dove in Black, broszka

Wiosna w pełni, a nawet lato ;) W sumie, już się przyzwyczaiłam, że z kozaków od razu przechodzę w sandały, więc nie mam z tym problemu, ale jak co roku mam ochotę na jakąś nową biżuterię. W tym naszło mnie na coś w sumie klasycznego i mało radosnego w odbiorze, bo na czerń. 

Czerń jest ponadczasowa, w zasadzie do wszystkiego pasuje i dodaje elegancji. Nie ubrałabym się jednak od stóp do głów w takie barwy z okazji innej niż pogrzeb, bo chociaż czarny wyszczupla i nawet dobrze w nim wyglądam, to źle bym się czuła taka mroczna. Zawsze mam na sobie coś kolorowego, przynajmniej szminkę, ale najczęściej wzorzystą bluzkę (mam do nich słabość), więc dobór biżuterii, którą też lubię, staje się w takiej sytuacji problematyczny. Najczęściej wszystko się ze sobą gryzie i w ostatniej chwili odpinam ozdoby, o co mam potem do siebie żal, bo się nadziubię tych koralików, a świat i tak nie zobaczy ;). Dlatego, mimo wiosny, zrobiłam czarną broszkę.

To wzór, po który sięgałam już dwukrotnie (klik, klik) i jak na razie mi się nie znudził.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Spring Vibes, kolia

Chyba nie muszę tłumaczyć skąd taki kolorowy projekt ;) Wiadomo! Wiosna. A tak serio, to moja propozycja konkursowa na tegoroczny, kalendarzowy konkurs Royal-Stone właśnie w temacie "wiosna". W tym roku uległy zmianie zasady konkursu, co mnie bardzo cieszy! Jest więcej czasu na stworzenie pracy, techniki ze sobą nie konkurują, ale trzeba dostosować projekt do wyznaczonej palety kolorystycznej (przynajmniej jednego koloru z palety), poza tym - pełna dowolność.

Musiałam więc ruszyć zardzewiałymi komórkami mózgowymi i coś zaprojektować. Odrobinę zniechęcały mnie kolory, bo ani nie lubuję się w różu i pastelach, ani specjalnie nie ma idealnych odpowiedników w koralikach. Tym sposobem moja wiosna to kwiat wiśni - wiadomo - różowy i ala koliber w rajskich kolorach.



Te kwiatki mogliście już u mnie zobaczyć, wykonałam podobne w innej kolii. Są jednak trochę udoskonalone i mniejsze. Zresztą możecie niżej zobaczyć porównanie.

środa, 4 kwietnia 2018

Turquoise dream, broszka

Tę broszkę zaczęłam robić jeszcze w zeszłym roku, ale że nie była artykułem pierwszej potrzeby, to rozgrzebaną odłożyłam do pudelka. Gdy wreszcie uznałam, że przyszedł na nią czas, bo wstydem okrywa mnie jej niedokończone wnętrze, dotarło do mnie, że jest jakaś taka "łysa".

Minimalizm i ja to pojęcia, które się wykluczają, ale robiłam wszystko, by ta broszka była "spokojniejsza" od innych moich prac. Brakuje mi nierzucającej się w oczy biżuterii. Niestety moja wewnętrzna natura sroki zawsze wydziera dzioba w proteście i kończy się na tym, że jej ulegam. Tak było i tym razem, bo to co widać poniżej, to wersja po kilku pruciach ;)


Punktem wyjścia był plaster nieregularnego howlitu, który bardzo dobrze udaje turkus. Kamyk jest na tyle ładny, że chociaż unikam wszelkich podróbek, również w kamieniach, uznałam że ma w sobie jakąś szlachetność. 

poniedziałek, 19 marca 2018

Honeycomb, naszyjnik

Czasem mam tak, że jak coś mi się spodoba, to muszę to mieć, nieważne ile czasu mi to zajmie. Tym razem ogromnie chciałam zrobić sobie coś na wzór mojej kolii, ale mniejszego, bardziej zwykłego. Chociaż sama nie wiem, czy można mówić o zwykłości w kontekście tak kolorowej biżuterii. Nie oszukujmy się, rzuca się w oczy, ale tak jakby mniej niż kolia. No więc wzięłam się do roboty. Kilka miesięcy temu. 
Tę pracę robiłam rekordowo długo. Po prostu grzebałam się jak mucha w smole, co chwila zmieniając koncepcję. A zaczęło się od plastra żółtego agatu, który przypominał mi wielką kroplę spływającego miodu. 

Chciałam go pierwotnie zestawić z onyksową cykadą, ale cykada to nie pszczoła, więc koncepcja padła. Potem w sprzedaży pojawiły się metalowe bazy, które skojarzyły mi się od razu z plastrem miodu.

poniedziałek, 5 marca 2018

Skagen by DROPS Design, sweterek

Nie jest to co prawda mój debiut, ale z całą pewnością jest to pierwszy sweter, który nadaje się do noszenia. Pacholęciem będąc, czyli gdzieś w liceum, miałam ambicje dziewiarskie niewspółmierne do umiejętności, co nie przeszkadzało mi wydziergać sobie kilku okryć wierzchnich. O zgrozo, nawet je nosiłam. Niestety widziałam się w nich po latach na zdjęciach i doszłam do tylko jedynego pozytywnego wniosku, że odwagi mi nie brakowało. Ale nic to, minęły dwie dekady i wreszcie się dorobiłam noszalnego swetra handmade :)

Do przedsięwzięcia przygotowałam się skrupulatnie, wybierając projekt (żadnego fristajlu), kompletując włóczkę i szkoląc umiejętności - głównie w kwestii raglanu, który był mi obcy.


Projekt nazywa się Skagen i jest darmowy. Znalazłam go na stronie producenta włóczki --> klik Jak pewnie zauważyliście klikając link, moja wersja różni się od oryginału prostym dołem. Po upraniu swetra doszłam do wniosku, że nie podoba mi się taki "frak" i go przerobiłam.


Wylazła ze mnie tradycjonalistka :) Taka wersja podoba mi się jednak bardziej, a skoro mam go nosić, to niech będzie jak należy ;)


Ale od początku. Kilka miesięcy temu, korzystając z promocji, wrzuciłam do koszyka włóczkę Fabel long print od Dropsa z myślą o skarpetkach, których nie zrobiłam. Motek sobie leżał bez celu, a że bardzo mi się podobały jego kolory, postanowiłam pogłówkować, co z niego zrobić.


Z tego całego myślenia nie zrodziło się nic dobrego dla mojego portfela, niestety. Skończyło się na zakupie kilku kolejnych Fabeli i Lace'ów, bo pojedyncza nitka była za cienka na zimowy sweter. No i nadmienić muszę, że ostatecznie wyszła mi bardziej tunika niż klasyczny sweter. W sumie mi to pasuje, jest klimat z lat 90. czyli jakby nie było, znowu to liceum. Koło się zamyka :)

Postanowiłam być profesjonalna i zrobiłam nawet próbki! Pierwsza na drutach 4, na które się zdecydowałam ostatecznie, druga na 5 - zalecanych przez autora wzoru. Nie wyszło jednak tak jak napisali, co jest moją winą, bo nie uwzględniłam czynnika ludzkiego i swojego nieogarnięcia. Całość przeliczyłam według nieupranej próbki, zapominając, że lekko się "rozlazła" po zblokowaniu. Tym sposobem mam seter XXL zamiast L :)

Największym wyzwaniem był dla mnie raglan. Robiłam go pierwszy raz, używałam znaczników, a i tak mi się wszystko myliło :) Pewnie dlatego, że robiłam wieczorami przy kiepskim oświetleniu. Tak czy inaczej leży bardzo fajnie i nic nie pije w pachy, co jest moją zmorą przy większości ubrań.


Historyczne zdjęcie mnie w całej krasie. Wybaczcie jakość i pozę, jakbym się miała zaraz zacząć kłócić o cenę natki, ale nie ogarniam selfików w lustrze. Pojęcia nie mam jak te gwiazdy to robią. Albo zdjęcie, albo ładny wygląd :) Pomijając moje parę kilo do zrzucenia, sweter leży tak jak chciałam. Podoba mi się też jego oversize.


Chociaż w składzie przeważa wełna, nic nie gryzie, za to solidnie grzeje. A nie zapowiadało się. Przed wypraniem dzianina była zbita i sztywna, bałam się już, że wybrałam zły rozmiar drutów. Na szczęście po wyschnięciu zadziała się magia i sploty stały niemal jedwabiście miękkie.

SZCZEGÓŁY

włóczka: Drops Fabel kolor 604 "widok na morze" (74% wełna, 25% poliamid) 6 motków 50 g - 204 m. Lace Drops kolor 0501 jasny szary - niecałe 3 motki 50 g - 400 m (70% baby alpaka, 30% jedwab) - przerabiane razem.
druty: 4 mm, na ściągacz 3,5 mm.
wzórSkagen by DROPS Design, dostępny tu --> klik
rozmiar: XXL
uwagi: cena materiałów to w moim przypadku około 140 zł, jak na sweter to dużo. Jak na sweter o takim składzie - wcale nie dużo.


Naprawdę spodobało mi się robienie tego swetra i mam ochotę na kolejny, cieńszy. Trochę stopuje mnie cena włóczek, ale z drugiej strony za akrylowy z sieciówki w podobnym fasonie musiałbym zapłacić nie mniejszą sumę. Plusem jest to, że nie ponoszę kosztów robocizny, bo wtedy taki sweter kosztowałby dużo więcej. Nie wiem jak wam się podoba, ale mój mąż uznał, że jakbym się rozmyśliła, to on go będzie nosił :) A to chyba był komplement.

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 19 lutego 2018

Subiektywny przegląd preparatów do woskowania nici.

Każda koralikująca osoba wie, jakim koszmarem potrafi być plącząca się, rozdwajająca nić. Fakt, profesjonalne nici przeznaczone do beadingu mają większą wytrzymałość, ale nawet one potrafią napsuć krwi, no i sporo kosztują. Jednak mimo wszystko większość z nas nie ma nawyku kondycjonowania nici woskiem, dlatego chcę wam pokrótce przedstawić kilka dostępnych na rynku preparatów i opowiedzieć o nich. Nie jest to wpis sponsorowany, wszystkie produkty kupiłam za własne fundusze i chociażby dlatego nie będą tu padały nazwy sklepów. Podpowiem tylko, że chociaż sklepy z koralikami są coraz lepiej zaopatrzone, to w niektórych nie uświadczycie wosków do nici. Co zaskakujące, ma je większość pasmanterii, również tych stacjonarnych. 

Większość nici do beadingu ma około 0,3 mm średnicy, jest lekko sztywna dzięki fabrycznemu nawoskowaniu i kosztuje od 5 - 20 zł za około 50 metrów w szpulce. Mimo wysokiego komfortu szycia nimi, coraz więcej osób sięga po nici do szycia tkanin, takie które są na tyle cienkie, by przejść przez igłę do beadingu. Powodem jest atrakcyjna cena i przebogata gama kolorystyczna. Minusem jest ich plątanie się i mechacenie, co często uniemożliwia nawleczenie i dalszą pracę. Poza tym małym felerem, nici takie jak Poly Sheen, Tytan czy Gutermann świetnie sprawdzają się w mojej technice - hafcie koralikowym. Jednak do furii doprowadza mnie to, że w najmniej spodziewanym momencie potrafią się rozkręcić, wystrzępić na końcach, albo magicznie wyhodować supełek w połowie długości. Żeby temu zapobiec lub przynajmniej zminimalizować, przed pracą woskuję nawleczoną nić. Czasami, według potrzeby, powtarzam czynność w trakcie haftowania koralikami.

W swoim przeglądzie wzięłam na tapet cztery preparaty - Thread Heaven, wosk firmy Prym, wosk od Beadalon oraz naturalny wosk pszczeli. Haftując pracę nicią Poly Sheen, postanowiłam każdy nowy odcinek nici (około 90 centymetrowy) woskować innym produktem i notować swoje obserwacje, by móc się nimi z wami podzielić. 

Thread Heaven

To najdroższy preparat z całego dzisiejszego zestawienia. Za pudełeczko wielkości 2 cm na 2 cm zapłaciłam 18 złotych. Marka powstała w USA, niestety, produkcja tego specyfiku została zakończona, jak wynika z informacji zamieszczonych na fanpage'u firmy.

Opakowanie informuje, że jest to produkt konkurencyjny do wosku pszczelego, nietoksyczny, wegański, niezawierający kwasów, hypoalergiczny, nadający się do wszystkich rodzajów nici, które zabezpiecza przed strzępieniem, plątaniem i starzeniem. W środku plastikowego pudełeczka znajduje się gumowata, przezroczysta, bezzapachowa substancja o delikatnej lepkości. Wszystko co trzeba, to przeciągnąć nić między kciukiem a powierzchnią substancji, a następnie zdjąć palcami jej ewentualny nadmiar na nici. 

Moje wrażenia są pozytywne, chociaż na samym początku miałam mieszane uczucia, bo nić była bardzo lepka. Jednak gdy pozwoliłam jej przeschnąć kilka chwil, stała się jedwabiście gładka. Bardzo dobrze pracowało mi się tak przygotowaną nicią. Jednakże preparat nie nadał jej sztywności, wręcz przeciwnie, ale wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że nitka nie rozdwoiła się na końcach. Widać, zadziała owa lepkość na początku. 

Podsumowując, Thread Heaven nadaje nici:
  • jedwabistość
  • zapobiega rozdwajaniu
  • nie ma zapachu, ani koloru
  • nić nie plącze się
Nie do końca wiem, jaka to substancja chemiczna (a lubię to wiedzieć), trudno ocenić wydajność, gdyż za krótko go używam, wiele do życzenia pozostawia też cena. Poza tym to bardzo dobry preparat.

Wosk Beadalon

Produkt przychodzi zapakowany w plastikowo-tekturowe opakowanie (które niestety wyrzuciłam). Właściwy preparat, którym jest rafinowany wosk pszczeli w kształcie krążka o średnicy 4 cm, zamknięty jest w otwieranym, plastikowym futerale z otworami ułatwiającymi prowadzenie nici po powierzchni. Krążek jest ruchomy, więc można go obracać, by zużycie było równomierne. Wyjęłam go, żeby bliżej mu się przyjrzeć i mogę powiedzieć, że nie ma zapachu, a w dotyku przypomina mydło glicerynowe. Zapłaciłam za niego 11 złotych, ale można go upolować i za 7 złotych.

Nić sunie gładko po powierzchni i równomiernie pokrywa się woskiem, nadmiar bez problemu zdjęłam palcami. Nic się nie lepi, za to nitka lekko się usztywniła. Minusem jest to, że gdy nić spadła mi przypadkiem z igły, nie mogłam jej ponownie nawlec z powodu postrzępionych końców. Musiałam ją przyciąć.

Podsumowując, wosk Beadalon sprawia, że:
  • nić jest fajnie usztywniona
  • nie lepi się
  • nie plącze
  • niestety strzępi się, jednak w natężeniu dla mnie akceptowalnym.
Atrakcyjna cena i orientacyjna ocena wydajności na bardzo dużą sprawia, że w moim odczuciu, to preparat warty polecenia.

Wosk Prym

Prym, dla niezorientowanych, to marka wiodąca, nomen omen, prym w branży pasmanteryjnej i w pasmanterii właśnie kupiłam swój egzemplarz. Firma założona została w Niemczech, jednak wosk wyprodukowano na Tajwanie.
Poza kolorem absolutnie niczym nie różni się od poprzedniego preparatu. To również krążek wosku o średnicy 4 cm i wadze 10 gramów, oznaczony w specyfikacji jako wosk krawiecki. Zapłaciłam za niego około 12 złotych.

Potraktowania nim nić zachowywała się dokładnie tak samo jak poprzednia. Obawiałam się odrobinę, czy nie zabarwi mi robótki, na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Nić sunęła gładko, nie plątała się, ale lekko postrzępiła. Wosku jest dużo, więc używam go też do innych celów, ostatnio "naprawiłam" nim suwak. ;)

Naturalny wosk pszczeli

Posiadam w swoim warsztacie najprawdziwszy, nieoczyszczony wosk pszczeli o pięknym zapachu. Mój egzemplarz został ręcznie uformowany (przetopiony) i wlany do pojemniczka. Pozdrawiam panią Izę ;) Ale każdy może wykonać podobny lub skorzystać z gotowej świecy. Mam go naprawdę długo, a zużycie jest minimalne. Zapłaciłam za niego około 4 złotych, gdybym pokusiła się o własnoręczne wykonanie, wyszłoby pewnie kilka groszy. Tu mogę poczynić dopisek, że kraj pochodzenia to Polska.

Właściwości wosku zna chyba każdy i jeśli tylko nie przeszkadza mu zapach lub nie jest uczulony na produkty pszczele, to może go używać do kondycjonowania nici. Od razu uprzedzę obawy, nie zauważyłam żeby brudził nić czy robótkę, za to z wszystkich omówionych preparatów, najlepiej usztywnia nić. Nadmiar bardzo łatwo zdjąć palcami, tym łatwiej im są cieplejsze. Minusem jest to, chociaż jak kto lubi, że na opuszkach zostaje cienki woskowy film. Ręce trzeba po prostu umyć, albo wytrzeć w chusteczkę.

Podsumowując, wosk pszczeli sprawia, że nić jest:
  • usztywniona 
  • nie plącze się
  • nie mechaci
  • minimalnie rozdwaja się na końcach

PODSUMOWANIE

Z całego serca zachęcam was do woskowania nici, zwłaszcza tych "niekoralikowych" oraz od czasu do czasu tych profesjonalnych. Nawet Miyuki potrafi się sponiewierać po przejściu przez kilkadziesiąt koralików, a wymienianie jej co chwila na nową, zrujnuje każdego. 

Woski i inne preparaty mają na celu poprawę komfortu pracy i przedłużenie żywotności nici, tę właściwość doceniły krawcowe na całym globie, myślę, że warto się od nich uczyć.

Nie opowiem się jednak jednoznacznie za żadnym z omówionych tu produktów, bo każdy z nich ma swoje zalety i wady, jednak wszystkie dobrze spełniają swoją funkcję. Jednemu będzie odpowiadał Thread Heaven bez względu na cenę, inny wybierze opcję ekonomiczną i sięgnie po naturalną świeczkę. A jeszcze ktoś nie będzie chciał brudzić palców i kupi opcję w podajniku. Każdy z nas jest inny i ma różne potrzeby, i każdy znajdzie coś dla siebie.

***

Dajcie znać w komentarzu, czy mogłam dodać do tego przeglądu coś, co by was interesowało. Pochwalcie się też, czy woskujecie nici.




Nie zgadzam się na rozpowszechnianie tego artykułu bez podania autora i linku do lokalizacji na moim blogu.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Key To My Heart, brelok

Tego jeszcze u mnie nie było, ale też nie miałam takiej potrzeby, by posiadać brelok inny niż standardowy. Fakt, nie jest to rozwiązanie idealne, nie to, co na przykład latarka czy otwieracz do kapsli, ale zdecydowanie bardziej kobiece. Czytaj - mało praktyczne, ale ładne. Nie ukrywam, jestem kobietą i czasami mam ochotę na coś błyszczącego i podatnego na zarysowania. Mam więc brelok :)

Mój klucz długo był kawałkiem samotnego metalu, który łatwo zgubić więc nawet go ze sobą nie nosiłam, zresztą nie miałam takiej potrzeby. W domu zawsze ktoś jest. W końcu go "odkopałam" i postanowiłam dorobić towarzystwo.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Elise - po tuningu, chusta

W zeszłym roku zrobiłam dla siebie chustę. Bardzo spodobała mi się cieniowana włóczka oraz projekt Evana Plevinskiego o wdzięcznej nazwie Elise Shawl (darmowy schemat z Raverly), niestety chusta nie do końca spełniła moje oczekiwania. Włóczka Bajeczna od Vlna-Hep okazała się za mała, a przejście kolorystyczne nie pozwalało na harmonijne dołączenie drugiego motka i dodzierganie na długość. Wyszedłby straszny bajzel. Napisałam wtedy, że producent powinien wprowadzić bobiny w jednym kolorze, by można było kontynuować projekt.
Moje modły chyba zostały wysłuchane, bo kilka miesięcy później na sklepowe półki trafiła włóczka o podobnym składzie (60% bawełny, 40% akrylu), co prawda od innego producenta, ale w  niemal identycznym kolorze!


Najpierw nieśmiało kupiłam tylko jeden motek Whirlette w kolorze 854 Blueberry, no bo jakby nie było 24 złote to trochę dużo. Szybko się okazało, że będę potrzebowała kolejnego. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...