Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herringbone stitch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herringbone stitch. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lutego 2016

Paradise Lost, kolia

Gdyby nie to, że kolię stworzyłam z myślą o konkursie, pewnie nie musiałabym tu za wiele wyjaśniać. Ktoś mógłby pomyśleć; ot, artystyczna wariacja na temat kwiatowej rabatki, które nawiasem mówiąc uwielbiam, ale ta z pozoru niewinna ozdoba ma wiele ukrytych znaczeń.

Temat wygnania z Raju jest stary jak sam świat, wielu artystów podejmowało go w swoich dziełach, wykształcając w naszej podświadomości katastroficzne wizje człowieka skazanego na tułaczkę i potępienie. Dla tych, dla których boski plan zapewnienia nam szczęśliwości po śmierci w Niebie jest sprzeczny z wyznawaną filozofią, kreacjonizm zaś kłóci się z teorią ewolucji, "Raj utracony" ma nieco inny wydźwięk.

Odchodząc od dosłowności tego wydarzenia, nasuwają się mi na myśl (i nie tylko mi) obrazy dużo bardziej namacalne, bliskie doświadczeniom każdego z nas. Utrata niewinności, oszczędności całego życia, pracy marzeń, cennej pamiątki, wielkiej miłości czy bliskiej osoby to prywatne raje, do których bram nie raz gubiliśmy klucze. Z własnej głupoty, nieostrożności czy niezależnie od nas samych. 

Osobiście wierzę, że gdzieś tam czeka na nas miejsce lepsze od tego, w którym żyjemy, gdzie nie ma trosk a tylko błogi spokój. Jak ono faktycznie wygląda, tego chyba nikt nie wie, w każdym razie brak relacji naocznych świadków. Jeśli każdy ma się tam poczuć uszczęśliwiony, to musi być zjawiskowe miejsce, zatem próba odtworzenia go w jakikolwiek sposób mija się z celem, bo dzieło to musiałoby podobać się wszystkim odbiorcom bez wyjątku.



Próbując przedstawić ten, jakby na to nie spojrzeć poważny temat, w formie biżuteryjnej, która ma funkcję mniej poważną, uznałam, że najlepiej będzie, jeśli odejdę od symboli, konkretnej religii czy osobistych doświadczeń i skupię się na założeniu, że "raj" to ogród pełen kwiatów, a "utrata" to siła zasysająca go w niebyt niczym czarna dziura.


W mojej kolii dominuje czerń, dostojna i elegancka, ale też niszczycielska, zimna i napawająca smutkiem. Symbolizuje ona żałobę po stracie tego, co dla nas drogie. Gdzieniegdzie przeplotłam ją bordowymi akcentami, by harmonizowały z ostrą czerwienią kwiatów.


Tło dosłownie wsysa próbujące zakwitnąć kwiaty. Ich kolor może nawiązywać do miłości, pasji i życia, a zieleń do nadziei, ale ja po prostu lubię kwiaty w tym kolorze dlatego go wybrałam.


Roślinki, trudno powiedzieć czy róże, stworzyłam od podstaw sama. Chociaż Internet jest pełen przeróżnych tutoriali, ja ambitnie dziergałam bez ich pomocy. Wykonałam je koralikami Miyuki oraz piętnastkami od Toho ściegiem peyote i herringbone. 


Zależało mi na tym, by kolia była przestrzenna, a poszczególne elementy wystawały nieznacznie ponad tło. Dzięki temu ozdoba jest bardziej plastyczna, ale też wymaga większej uwagi podczas noszenia i przechowywania.


Zapinanie jest proste w obsłudze, to zwykłe, chociaż mocne, zapięcie magnetyczne. Razem z łańcuszkami ładnie układa się na karku i co najważniejsze, nie uwiera. Łańcuszki są fabrycznie czarne, natomiast zapięcie podrasowałam sama lakierem do paznokci.


Naprawdę trudno robić za wykonawcę, modelkę i redaktora, dlatego selfik zrobiłam telefonem, bo tak łatwiej, ma filtry i inne bajery :) Poza może nie licuje z powagą sytuacji, ale przynajmniej widać jak kolia układa się na człowieku, a przyznać muszę, że nosi się ją bardzo przyjemnie.



RELACJA Z POWSTAWANIA

Zapraszam na krótką fotorelację z sadzenia kwiatków ;)


Nie mam zdjęć każdego etapu, ale też nie na tym się skupiałam, poza tym nie chcę nikomu sugerować, że to tutorial, bo tak nie jest.


***


***


***


Po tylu przejściach igłą, całość stała się bardzo wiotka, jak rozbity kotlet ;)


Przed podklejeniem kolii skórą, delikatnie ją usztywniłam cienką tekturą.


A tak wygląda z tyłu. Nie da się jej położyć płasko w tej pozycji, dlatego wybaczcie wybrzuszenia.


TROCHĘ INFORMACJI

Ilość roboczogodzin: 70*

Zużyte nici: łącznie 50 metrów Miyuki w 3 kolorach.

Zużyte koraliki: 20 g Toho Opaque Jet w 3 rozmiarach, 5g Miyuki Delica Semi Matte Opaque Red Dyed, 4g MD Opaque Forest Green Dyed, po 2 g MD Opaque Cranberry Dyed i 2g Toho Treasure G-L Raspberry, 3 g Toho 15o Opaque Pine Green i Metallic Moss, po 2 g 15o G-L Raspberry, Opaque Cherry i Pepper Red, 1g 15o Transparent Amethyst, 2g 11o T Amethyst.

Kamienie: kilka sztuk 3 mm kulek granatów, 4 mm kulek onyksu i łezka fasetowanego onyksu.

Szkiełka: 10 mm kryształek stożkowy typu rivoli, Fire Polish 3 mm Jet i Dark Garnet, czarne fasetowane oponki 2x3 mm.

Inne: 1 arkusz 20x30 cm szarego podkładu filcowego Knorr Prandell, zapięcie magnetyczne, łańcuszki aluminiowe, naturalna skóra kozia w czarnym kolorze.

Straty :) 2 igły i stan zapalny w przyczepie mięśniowym prawego łokcia.

* Nie szyłam 3 dni bez spania ;) pracę rozłożyłam na około 20 dni. W ten czas nie wliczam rozmyślań nad inspiracją, tworzenia projektu i wykroju, szukania materiałów, sesji fotograficznej, obróbki graficznej i tworzenia tego wpisu. Szczerze mówiąc, takie liczenie jest strasznie męczące i stresujące więc raczej nie powtórzę go w przyszłości.

***


Mam nadzieję, że moja praca przypadła Wam do gustu. Jeśli tak, zagłosujcie na nią na stronie konkursowej --> KLIK



Pozdrawiam serdecznie!

poniedziałek, 11 maja 2015

Dragonfly, wisior

Robię zdecydowanie za mało wisiorów, a do takiego wniosku doszłam szukając długiego dyndadła na szyję, które pasowałoby mi do lekkiej bluzki. Nie musi być od razu w stylu hippie a.k.a. boho, chociaż to najgorętszy trend sezonu, najważniejsze by zwisało gdzieś między biustem a pępkiem. Na szczęście w moim wieku ta odległość jest jeszcze spora więc mam nie mało terenu do zagospodarowania ;) Jednak na wszelki wypadek postawiłam na regulowany nośnik, gdyby mi się z czasem areał skurczył, lub co nieco z winy grawitacji przesunęło.

Plaster agatu dostałam od męża na tyle dawno, że o nim zapomniałam (nie o mężu, o agacie), nadarzyła się więc doskonała okazja do oprawienia go i noszenia od czasu do czasu. Początkowo chciałam go opleść tak, by można było oglądać obie strony plastra, niestety okaz pękł :( Nie na tyle by rozpaść się na pół, ale wystarczająco poważnie, dlatego trzeba go było usztywnić a haft koralikowy wydał się do tego idealny.


Kolejnym bodźcem do wykonania tego wisiora była metalowa ważka, na którą nie miałam pomysłu aż mnie oświeciło, że z agatem stworzą idealny duet :) 


Dodałam kilka perełek, zabłąkany hematyt i kilka kuleczek jadeitu by zakryć mało atrakcyjne dziurki i prześwity i gotowe. No, może niezupełnie tak hop siup, ale praca szła dość sprawnie i nawet obyło się bez prucia.


Agat naszyłam na czarny podkład, dzięki czerni błękity i inne niebieskości stały się wyraźniejsze. Biały filc zapewne podkreśliłby inne atuty tego niezwykłego kamienia, ale ta wersja podoba mi się bardziej.


Ta praca wyjątkowo dobrze się fotografowała więc zdjęć będzie sporo :)


Do oplotu wybrałam koraliki pasujące barwą do ważkowego filigranu, chciałam by z daleka dawały wrażenie stopionych w jedno.


Kolory jakich użyłam to głównie Gold Lustered Dark Chocolate Bronze, Metallic Iris Brown, Antique Bronze oraz Metallic Cosmos. Koraliki to Toho Treasure oraz Round 15o oraz 11o.


Ważka mieści się w dłoni.


Tył podszyłam naturalną skórą o wygniecionej fakturze i niebieskim kolorze, biżutek zostaje ze mną więc kwestie moralne biorę na siebie.


Loopik na nośnik zrobiłam ściegiem herringbone, ukryłam z tyłu i przymocowałam solidnie do całości. Daje on możliwość zawieszenia czegoś grubszego niż łańcuszek, gdyby mi się ów opatrzył. Metalowa krawatka byłaby nadmiarem tego mosiężnego dobrodziejstwa ;)


Na końcach zawiesiłam małe tuneliki z koralików, głównie dla przełamania monotonii łańcuszka.


A tak wisior prezentuje się na mnie, chociaż bluzka jest do niego nietrafiona ;) Normalnie jest jeszcze dłuższy, ale tu zapięłam go na dodatkowe kółeczko.


Do szminki, podobnie jak i do przedmiotów niżej, nie mam żadnej sensownej historii ;)


Na innym tle.


I to by było w zasadzie na tyle w temacie robactwa latającego blisko wody ;)


Tym co dotrwali do końca, serdecznie dziękuję! Poniewczasie proponuję kliknąć w zdjęcie żeby oglądać w galerii, większość przeglądarek obsługuje ten typ, a przecież nie każdemu chce się czytać ;)

Pozdrawiam ciepło.

Ps, od dziś w Bead Beauty do pobrania kolejny numer bezpłatnej gazetki, a w nim mój mini "wykład" o wosku pszczelim i jego zastosowaniu w hafcie koralikowym.



czwartek, 13 listopada 2014

Tumbling Blocks, bransoletka i kolczyki

Ostatnio wpadło mi w oko kilka instrukcji na niesamowitą biżuterię, sukcesywnie je realizuję, ale w międzyczasie przychodzą mi do głowy inne pomysły i jakoś tak nie mam okazji na zaprezentowanie efektów moich zmagań z cudzymi projektami. Niedawno stałam się właścicielką kilku archiwalnych numerów Beadwork, ten projekt Sue Maguire o wdzięcznej nazwie Tumbling Blocks pochodzi z jednego z nich. Zresztą, ostatnimi czasy to bardzo popularny wzór, może dlatego, że wbrew pozorom jest mało skomplikowany, niestety jest też dość pracochłonny. Tak czy inaczej, podbił i moje serce.


Moja wersja kolorystyczna jest kontrastowa i bliska zamysłowi autorki, jedyną znaczącą zmianę stanowią koraliki, ja użyłam Toho 15o zamiast sugerowanych treasure. Wyszła z nich bransoletka o długości około 19 cm.


Oprócz tego, że dzięki tak drobnym koralikom faktura jest bardziej subtelna, są i wady. Otóż elementy nie utworzyły jednolitej, gładkiej powierzchni. Co nieco odstaje i tworzy ostre wybrzuszenia, którymi jestem zachwycona!


Szczerze mówiąc wolę takie pofalowane niż wyprasowane :) W miejscach łączeń dodałam kryształki Fire Polish 3 mm i nowość 2 mm, co też podoba mi się bardziej niż "dziury" w oryginale.


Do bransoletki zrobiłam małe kolczyki na bazie projektu Sue. Są tak lekkie, jakby ich w ogóle nie było.


Mają ledwo 3 cm długości z biglem i bardzo milutko dyndają :)


Zaczęłam już szyć kolejne ozdoby z wykorzystaniem tych małych trójkącików, okazuje się, że odpowiednio połączone dają multum niezwykle ciekawych efektów.


Na koniec pochwalę się wyróżnieniem Szuflady w "Fioletowym" wyzwaniu. Niespodzianka o tyle miła, że spotkała mnie w wyjątkowo kiepski dzień. No cóż, jesień mnie nie rozpieszcza, jak nie chandra to migrena. 


Za wyróżnienie ogromnie dziękuję, a Wam życzę pogodnych dni i dużo słońca.
Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Przyczajony Żuk, opaska do włosów

Ostatnią rzeczą jaką kobieta chciałaby mieć we włosach jest żuk! Co prawda lista nieproszonych włosowych gości jest o wiele dłuższa, lecz przyznać trzeba, że obok nietoperza, ptasich odchodów i łupieżu, żuk zajmuje "zaszczytne" miejsce w jej czołówce :) Wiem co mówię, kilka dni temu miałam bliskie spotkanie z tym potworem i wpadłam, wbrew temu co mówi mój mąż, w całkiem uzasadnioną panikę. Może i nie ma czym się chwalić, ale i tym razem przeszłam samą siebie nadając nowe znaczenie powiedzeniu "drzeć się jak opętana":) Po tym wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że najfajniejsze owady to sztuczne owady, a jeszcze lepiej z koralików.

Ostatnio zrobiło się u mnie bardzo konkursowo, więc nikogo nie zdziwi, że i ten twór powstał z myślą o oferowanej nagrodzie, a jest nią publikacja w kalendarzu Royal Stone na rok 2015. Czy żuczek ma szanse, tego nie wiem, pozwolę mu jednak spróbować:)


Praca została wykonana w oparciu o zdjęcie wyznaczone przez organizatora konkursu:


Czy udało mi się oddać klimat tej niezwykłej fotografii, oceńcie sami. I tym razem nie potrafiłam wybrać jednego elementu inspiracji, gdy tylko zobaczyłam tę fotkę wiedziałam, że będzie to opaska na włosy z przyczajonym żukiem:)



Przodożucze jest już wielu doskonale znane z mojego fanpaga, zatem przywitajcie się raz jeszcze. Oto Żuk:


I jeszcze z innej perspektywy:)


Żuk okazał się być urodzonym modelem:) Niestety robienie mu zdjęć było bardzo stresującym i niewdzięcznym zadaniem. Odpowiednie skadrowanie robala tak by uchwycić wszystkie jego atuty i jednocześnie nie pozostawić wątpliwości, że to opaska do włosów - mission impossible!

W dodatku blogger i tak postanowił zmasakrować efekty mojej pracy :( dzięki stary!


Opaska zawdzięcza swój kształt metalowej bazie o szerokości około 6 mm. Okryłam ją cienką ekoskórą w kolorze soczystej jasnej zieleni, do złudzenia przypominającym młodą trawę w moim ogrodzie.


Rzecz jasna, nic nie trzyma się na słowo honoru :) Sztuczną skórkę przykleiłam do bazy i dodatkowo obszyłam koralikami Toho 15o w kolorze Transparent Frosted Peridot.


Sam żuk nie należał do łatwych zadań, pomimo mglistego wyobrażenia o tym jak chcę by wyglądał, realizacja opóźniała się z powodów technicznych. Niby żona inżyniera powinna posiadać wiedzę Know How, dlatego dłużej nad całością główkowałam niż ją robiłam.


Żuczek jest więc zrobiony techniką mieszaną. Trochę haftu koralikowego, odrobina beadingu i sporo kombinatoryki stosowanej. Nie ma w nim jednak żadnych drucików a kleju tyle co na lekarstwo, całość składa się z koralików, nici, odrobimy żyłki i szklanego kaboszonu. Zapominała bym o miłości, żuczek wypełniony jest miłością :)


A oprócz miłości wypełnia go niezwykły szklany kaboszon typu fused - dichroic z pracowni Apandany. Ma niesamowity kolor zmieniający się w świetle oraz mnóstwo zatopionych drobinek sprawiających wrażenie nieustającego ruchu.


"Magiczne" szkiełko obszyłam koralikami Toho 11o i 15o w kolorach Matallic June Bug, Bronze oraz Metallic Iris Brown. Projekt skrzydełek oraz innych żuczych części jest mój własny osobisty i nie jestem w stanie go powtórzyć bo robiłam jak czułam, czyli "na czuja".


Chyba najbardziej dumna jestem z żukowej mordki, na którą składają się 3 koraliki super duo i kilka piętnastek, po raz kolejny okazuje się, że z koralików można zrobić wszystko :)


Starałam się jak mogłam nadać żuczkowi jak najbardziej realistyczny wygląd i przyznać muszę, że z odpowiedniej odległości można się nabrać, że we włosach czai się krwiożercza bestia. Jednak z bliska przekonać się można, że to całkiem sympatyczna acz nietypowa ozdóbka i spokojnie można odłożyć łopatę na bok - It's not alive :))


Dla tych, którzy zachodzą właśnie w głowę jak ona to zrobiła, że owad się trzyma, mam wyjaśnienie obalające spekulacje, że na szpilkach lub gorący klej. Owad jest integralną częścią opaski więc nie da się go ot tak odczepić. Załączyłabym fotkę poglądową, ale włożyłam w ten projekt mnóstwo czasu i siły, nie chcę więc ułatwiać zadania kopistom, którzy i tak powinni wiedzieć, że autorskie projekty nie ładnie powielać.


***


***


Mam jeszcze około sto zdjęć :) nie będę Was jednak nimi torturować. Poniższe jest ostatnie:


Jeśli mój żuk przypadał Wam do gustu i chcielibyście przyznać mu nagrodę publiczności to wystarczy wcisnąć "Lubię to!"  na stronie konkursowej:






Dobre chęci nie wystarczą, trzeba działać by nie wygryzły go inne robale :)) a przyznać trzeba, że konkurencja jest spora. Jeśli chcecie zobaczyć jak prezentuje się konkursowe stado, wystarczy wejść na fanpage Royal Stone --> KLIK

Dziękuję Wam przeżuczo za dotrwanie do końca, jeśli macie jakieś uwagi czy spostrzeżenia, wyrażajcie je śmiało w komentarzu.

Pozdrawiam serdecznie :))


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...