czwartek, 24 czerwca 2021

My Garden, broszka

 W zeszłym roku postanowiłam wreszcie zająć się ogrodem. Nie jest on największy, to raczej spłachetek ziemi w przestrzeni miejskiej przynależny do mojego domu, jakieś pięć metrów na dziesięć przedzielone chodnikiem - czyli niedużo. Niemniej wystarczająco na kilka grządek, drzewek i rabat oraz całkiem dużo by się upocić podczas uprawiania. Mimo wszystko jest z tego satysfakcja, chociaż to kompletnie nieopłacalna zabawa. Za środki włożone w moje uprawy miałabym mrowie koralików ;) a tak mam lebiodę w pomidorach, ślimaki w malinach i rustykalny trawnik. Sąsiedzi załamują ręce na widok tej dżungli, bo u nich wszystko zgodnie z harmonogramem i pod linijkę, a u Mendyków dzicz ;) Ale mnie się ta dzikość podoba.

Kiedy więc Royal Stone ogłosił, że kolejną inspiracją do konkursu na przyszłoroczny kalendarz są Wiszące Ogrody, to zapaliłam się do tego z dawno nie widzianą u mnie ekscytacją.

Zdjęcie inspiracja jest bardzo ciekawe i nasuwa mnóstwo pomysłów. Sama miałam kilka, ostatecznie stanęło na minimalistycznej kompozycji.




Zrobiłam broszkę, która może być również wisiorkiem.


Projekt podyktowany był zdjęciem inspiracją i pojawił się bardzo szybko, bo miałam od dawna upatrzony kaboszon agatu, ale brakowało mi na niego koncepcji. Była więc okazja by go kupić i zmierzyć się się z nim. Niestety w ekscytacji nie zauważyłam, że kaboszon jest nieco krzywy, co widać po obszyciu. Ale ta druza tak mnie zauroczyła, że może być sobie trochę niedoskonały ;)


Kaboszon nie jest duży, ma 3,8 na 2,8 cm, zatem wyszycie planowanych listków koralikami odpadało, byłyby zbyt toporne. Sięgnęłam więc po muliny.


Generalnie nie polecam tego robić na filcu, chyba że macie palce jak imadła i siłę tura. Było z tym więc męki, niż podczas pielenia grządek, chociaż nie gryzły komary.


Listki wyszyłam według własnego projektu, a podpatrzyłam je u mojego Epipremnum.


Tył podszyłam zielonym Ultrasuede i zamontowałam dodatkowo dwa kółeczka, przez które można przewlec rzemyk.

Dzięki takiemu rozwiązaniu można z broszki zrobić wisiorek.

Jako, że to wiszące ogrody, jest to rozwiązanie bardzo trafione.

Sama nie wiem, czy wolę wisior czy broszę, obie opcje mi się podobają.


Broszka ma 6,8 na 5,3 cm w najszerszych miejscach. Poniżej z broszką z poprzedniego posta.


Oraz z innymi moimi broszkami, w których również użyłam mulin.


Mam nadzieję, że moja propozycja konkursowa przypadła Wam do gustu. Jeśli chcecie oddać na nią głos, można to zrobić tu - KLIK


Miłych wakacji!

PS zapraszam na moje Instagramowe konto, gdzie bywam trochę częściej niż tu oraz publikuję zdjęcia, których nie zobaczycie w innych moich social mediach ;) @bluefairy.art


piątek, 16 kwietnia 2021

Happy Circles, broszka

 Gdzieś przeczytałam, że być szczęśliwym trzeba umieć lub się nauczyć, jeśli nie mamy tego w DNA czy innym miejscu, które odpowiada za odczuwanie radości. Ja zdecydowanie musiałam się tego nauczyć, bo należę do osób widzących szklankę w połowie pustą, a to niedobrze, zwłaszcza, gdy chce się pić. To trudna sztuka, ale zdecydowanie możliwa do opanowania, może nie w stopniu perfekcjonisty, ale tak życiowo, na już - jak najbardziej. Pisząc to, nie mam na myśli depresji, która nie daje wyboru i należy ją leczyć, ale te przypisane z racji wychowania, czy usposobienia drzemiące w nas złośliwce, które ciągle mówią, że się nie uda, że po co, na co i nie, bo nie, a wszystko to marność nad marnościami.

W odczuwaniu małych chwil szczęśliwości pomagają mi rzeczy równie małe; kolory, zapachy, rozmowy - małe ziarna piasku, które rzucone na wodę tworzą hipnotyzujące kręgi. Lubię otaczać się przedmiotami i istotami, które wywołują uśmiech i poczucie harmonii. To co zakłóca ten stan, usuwam lub omijam. Ostatnio spokój daje mi codzienne nudne życie, że tak to ujmę, z dala od komputera, dlatego mało mnie w wirtualnej przestrzeni. Koraliki również odłożyłam w kąt.

Konkurs Kalendarz Royal Stone śledzę jak co roku, ale w tegorocznej edycji nie znalazłam inspiracji, która mogłaby oderwać mnie od szydełka czy moich ogrodowych upraw, aż do teraz. Trzeci temat to Mozaika, a zdjęcie inspiracja jest bardzo szalone, kolorowe i po prostu do mnie przemawia. Zrobiłam więc broszkę.

Trochę dziwnie mi się szyło po ponad półrocznej przerwie. Nieco zardzewiałam i nie mogłam znaleźć niektórych koralików, ale pomysł powstał dość szybko.


W tym roku temat jest równie ważny co kolorystyka i motyw ze zdjęcia, jak sądzę, trzeba znaleźć w tym złoty środek, a reszta zależy od wyobraźni.


Trzymałam się kolorów i kształtów, chociaż kompozycja kół różnej wielkości była podyktowana motywem przewodnim kalendarza - architekturą. Figury geometryczne bardziej wpisują się w trend niż fauna i flora, chociaż takie miałam pierwsze przebłyski, żeby zrobić właśnie motyla lub kwiat, ostatecznie stanęło na okręgach.


Użyłam kamieni naturalnych - pereł i turkusów oraz onyksowego kaboszonu by całość bardziej pasowała do konwencji mozaiki, reszta to istne szaleństwo - muliny, bugle, koraliki wszelkiej maści i podkolorowany filc.


Nie wszystko wyszło tak jak chciałam, ale nie połamałam igieł, a to już coś.

Mozaika z bugli toho 3 mm to motyw, po który chętnie sięgam, bo daje efekt "blachy", który mi się bardzo podoba.


Mariaż haftu koralikowego z tradycyjnym, to coś co również bardzo lubię i staram się doskonalić. Tu użyłam mulin od Ariadny w dwóch odcieniach żółci i czarnej.


Z innych szczegółów - tył podszyłam rudym Ultrasuede, który pasje do koloru toho bugle, zamontowałam zapięcie broszkowe z zabezpieczeniem przeciw przypadkowemu rozpięciu. Brzegi wykończyłam koralikami toho 15o. Mały odcinek zabezpieczyłam kordonkiem DMC zamiast koralikami, bo wydały mi się za toporne przy tak małej formie i źle wyglądały z tymi maleńkimi fasetkami turkusu. 



Mam nadzieję, że moja propozycja do Mozaiki przypadła Wam do gustu i podarujecie jej łapkę, buźkę, czy inną reakcję w albumie konkursowym - KLIK




Pozdrawiam ciepło!


wtorek, 9 lutego 2021

Snow White, kolia

 Ten blog ma zdecydowanie więcej samozaparcia do trwania, niż ja sił do publikacji. Przez te kilka miesięcy wciąż był odwiedzany i zdarzyły się nawet komentarze, niektóre były spamem, ale nie wybrzydzajmy. Żyję, jakby ktoś pytał, ale zeszły rok zdecydowanie nie należał do moich ulubionych, a i ten, zdaje się, chce mu koniecznie dorównać. Znacie pewnie powiedzenie, że jak nie urok, to...? To tak w skrócie rzeczy się mają. Jak nie awarie sprzętu, to choróbska. Same plagi, dlatego też ta kolia jest ostatnią koralikową rzeczą jaką zrobiłam i chociaż bardzo bym chciała chwycić za igłę, bo mam sporo nowych pomysłów, to na razie muszę z tym poczekać. 

Zwolnienie tempa i robótkowy detoks mają też swoje dobre strony. Więcej czytam, bardziej jestem i mniej się stresuję nieistotnymi rzeczami. Niemal zen, gdyby nie to, że natury i tak się wszystkim stresuję. Za oknem biały śnieg, więc przypomniała mi się ta kolia i że nie miałam okazji jej pokazać.


Kolię zrobiłam w zeszłym roku na royalowy konkurs, w którym dostała wyróżnienie. To moja wariacja na temat zimy. Dużo lodu, mróz i płatki śniegu, a wszystko błyszczy, iskrzy i migocze.


Niestety nie do końca trafiłam z odcieniem niebieskiego, jakkolwiek na żywo nie mam swojej pracy wiele do zarzucenia, to aparat wydobył z niej wszystko co najgorsze prześwietlając kolory. Po czym wyzionął ducha, a ja jeszcze nie uzbierałam na nowy, więc dobrze, że nie mam co uwieczniać ;) 


Do wykonania tego karkołomnego projektu użyłam koralików Preciosy, Toho i Miyuki przeróżnych kształtów i wielkości, przeważnie przezroczystych lub szronionych z efektem silk satin. Pozostałą część wyhaftowałam mulinami Ariadny. Chciałam uzyskać "sweterkowy" vibe.

Kolia ma dużo struktur i wybojów, co potęguje blask i zachęca do ciągłego jej dotykania :) Przy czym nie jest ciężka i niewielkie zapięcie magnetyczne doskonale daje sobie radę z utrzymaniem jej na szyi. Tu powinno być zdjęcie na ludziu, ale nie ma, musicie mi więc zaufać, że kolia naprawdę dobrze się prezentuje. Bo tak jest. Tył wykończyłam skórą naturalną, która dodatkowo podnosi komfort noszenia.



To jedna z takich prac, które nie wiadomo gdzie założyć, a w czasach zarazy nawet nie ma wyboru, wiec można nosić w domu, albo podczas odśnieżania ;)



Mam nadzieję wyczarować coś jeszcze z koralików, a może nawet z mulin, których mi przez ostatni czas przybyło, sama nie mogę się doczekać, kiedy to nastąpi. 

A co  Was? Jak żyjecie w tym trudnym czasie? Napiszcie coś.
Pozdrawiam Was ciepło! 

wtorek, 20 października 2020

Lemon Juice, broszka

Lubię cytryny. W ogóle bardzo lubię kwaśne smaki, a cytrynę dodawałabym do wszystkiego. Latem i zimą. Ponoć nasze organizmy same dają nam znać, czego im trzeba, dlatego nie walczę z zapotrzebowaniem na kwaśność, widać tego mi brak do poprawnego funkcjonowania. Dziś dodałam plasterek do herbaty z imbirem i miodem. Pycha!


Ostatnio nie specjalnie zaprzątam sobie głowę koralikami. Zdrowie mi nie dopisywało, więc i hobby odstawiłam w kąt, jednak z tyłu głowy nie ustały podszepty o nowej broszce. Bo cytrynowa broszka marzyła mi się od dawna. 


Jednak żeby nie nadwyrężać się na darmo, postanowiłam zrobić ją na tyle idealnie, na ile zdołam. Bez półśrodków. A od kiedy zaczęłam uzupełniać swoje prace o haft tradycyjny, wiedziałam że i w tej broszce musi się pojawić.


Na tyle na ile pozwalają mi obecne umiejętności, wykonałam swój projekt tak, by przypominał prawdziwą cytrynę.


Zrobiłam muliną miąższ i skórkę, a soczysty środek mieszaniną kryształków i koralików wszelkiej maści, by wyglądał na soczysty. Są też pestki z pereł.


Tył wykończyłam żółtym Ultrasuede. broszkę szyłam skandaliczne długo, ale jestem zadowolona z efektu. Nie spieszyłam się, bo nic mnie nie goniło prócz własnej ambicji, a technika, którą wybrałam, wymagała precyzji. Kupiłam już profesjonalną lupę, więc kolejne prace powinnam szyć sprawniej. Oby. 


Broszka będzie mi umilać zimowe wieczory, chociaż nie oszukuję się, że gdziekolwiek w niej wyjdę z wiadomych powodów. Na szczęście do dresu też pasuje ;)
(broszki poniżej; klik, klik)


A Wy, lubicie cytryny?


Pozdrawiam serdecznie. Trzymajcie się zdrowo!

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Walking On The Broken Glass, bransoletka

 Bransoletki nie są czymś, do czego zabieram się z ochotą. Nie potrafię tego wyjaśnić. Dużo bardziej wolę robić broszki i kolie. Tym razem również pomyślałam o czymś na szyję, ale zabrakłoby mi czasu na dokończenie pracy w terminie. "Witraż", bo tak brzmi dziewiąty już temat w tegorocznej edycji konkursu Royal Stone Kalendarz 2021 - jest również motywem przewodnim bransoletki. Tytuł zaś w pełni oddaje klimat procesu twórczego, być może dlatego, że gdy miałam już wyhaftowane więcej niż mniej, przyszedł mi do głowy pomysł zgoła odmienny. Odrobinę zniechęciło mnie to do dalszej pracy, może jednak zrealizuję swój zamysł i pokaże kiedyś witrażową broszkę w kształcie motyla. Tymczasem coś na rękę.

Uwielbiam kolorowe szkło! Dlatego temat bardzo przypadł mi do gustu. Było to też niemałe wyzwanie, bo jakkolwiek koraliki są szklane, to jednak daleko im do witrażowej tafli. Szkoda byłoby mi odpuścić i ten etap konkursowych zmagań, bo poprzednie kompletnie do mnie nie przemawiały, a tu taka gratka.

   Zaprzęgłam więc szare komórki do działania i doszłam do wniosku, że zrobię coś kolorowego. Nie miałam na myśli tęczy, raczej zawarcie w pracy maksymalnie wielu kolorów w formie gradientu. Dla kontrastu czerń i abstrakcyjna, ale uporządkowana forma. Łuki i potłuczone szklane płytki.

Wykorzystałam koraliki gównie transparentne oraz kryształki. Wyszedł kontrolowany bałagan i mnóstwo blasku. Użyłam głównie czeskiej Preciosy i w mniejszym stopniu toho.

Tył bransoletki podszyłam bordowym Ultrasuede, bo chciałam nadać jej nieco kontrastu.

Ultrasuede, które jest tkaniną obiciową, naprawdę przyjemnie się nosi, jest więc idealna do kontaktu ze skórą. Zapięcie typu slide ładnie przylega  i dobrze trzyma. Bransoleta jest więc w pełni użytkowa. Jej wymiary to mniej więcej 5.5 cm na 19,5 cm. Mój nadgarstek ma 17 cm i mam odrobinę luzu po jej zapięciu.

Tak prezentuje się z inną konkursową bransoletą sprzed trzech lat - Maroko. Tegoroczna jest nieco węższa i chyba skromniejsza.

Wiem, że fotki tzw rodzinne cieszą się sporą sympatią więc oto i ona. Kolia Blue Flowers i Ladybug

Jeśli moja praca przypadła Wam do gustu, zapraszam do oddania na nią głosu w albumie konkursowym. Będzie mi bardzo miło. klik

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Strawberry Fields, broszka

Faktem jest, że sezon truskawkowy powoli odchodzi w niepamięć, chociaż pewnie da się jeszcze kupić te smaczne owoce w markecie, ale to już nie to samo. Moim zdaniem najlepsze truskawki to te z pola lub domowej uprawy. 
Liczyłam na to, że uda mi się skończyć tę broszkę w czasie, gdy truskawki będą dopiero nieśmiało pojawiać się na straganach, ale niestety, nie wyrobiłam się. A to mi przypomina, że oprócz tego, że nie spóźniam się na wizyty i spotkania, to z wszystkim innym zawsze mam poślizg.
Wszystko robię na ostatnią chwilę, nawet choroby zakaźne wieku dziecięcego przeszłam dopiero w dorosłości, a niektórych wcale. Wiecznie w niedoczasie.

Broszkowa truskawka była na mojej liście "to do" od kilku lat, ale nie do końca potrafiłam ją sobie zwizualizować. Koraliki niestety mają swoje ograniczenia, zwłaszcza gdy ma się ambitne plany.
 

W sukurs przyszły mi muliny od Ariadny. Miałam już nieśmiały debiut z haftem tradycyjnym przy okazji broszki filiżanki, postanowiłam więc wpleść tę technikę do kolejnego biżuta z koralików.


Oprócz listków, mulinowe są też pestki i ogonek. Z ogonka jestem szczególnie dumna, bo można go formować, a takie bajery są fajne :) Chociaż największym hitem i tak jest reakcja mojego męża na kolor pestek, myślał, że są czarne. Je truskawki codziennie, rozumiecie? ;)


Tył postanowiłam zrobić w miarę neutralny. Sięgnęłam po jasnooliwkowe Ultrasuede. Koraliki to głównie nieduża Preciosa i Delica od Miyuki, plus 15o z Toho do wykończenia brzegów.


Zapięcie, tradycyjnie, z ogranicznikiem zapobiegającym nieplanowanemu odpięciu się, lub przez kogoś. Nie macie pojęcia ile razy ten dynks uratował moje broszki przed zgubieniem lub kleptomanem (bywa i tak).

Wiem, że lubicie tzw. zdjęcia rodzinne. Zarówno pszczoła jak i baloniki całkiem zgrabnie się komponują.

Czasami zamiast przypinać broszkę w tak oczywiste miejsca jak bluzka, wybieram torebkę. Tu dopięłam do tasiemki, żeby nie zniszczyć torebki.

I z panem wielorybem, bo czemu nie?




Próbowałam zrobić sobie selfie, by pokazać chociaż, jak broszka wygląda na żywym obiekcie, ale mój telefon ma ostatnio jakieś kuku i nie zapisuje zdjęć. Tak czy inaczej ostało się tylko to, którego jakość nie powala.


Mam nadzieję, że moja propozycja truskawki przypadła wam do gustu, bo co tu ukrywać, nie jest to nowy temat, przez co trudno zrobić coś oryginalnego. Broszkę będę nosiła mimo ograniczeń towarzyskich w dobie pandemii, może nawet zrobię sobie inny owoc. Obym zdążyła w sezonie ;)
                   
Pozdrawiam wakacyjnie.

PS Zapraszam na mojego Instagrama @bluefairy.art publikuję tam z większą częstotliwością niż na blogu :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...