Jestem, tak mi się wydaje, w nielicznej grupie osób, która nie lubi lata. Nie to, że darzę je nienawiścią i złorzeczę pod nosem do pierwszych chłodów, ale po prostu nie przepadam za tą porą roku. Mój organizm broni się przed wysokimi temperaturami jak może, fundując mi nieludzkie katusze i narażając na wiele nieprzyjemnych sytuacji. Gdy tylko termometr zaczyna pokazywać okolice 25 stopni, ja schodzę do podziemia w nadziei wyściubienia nosa na okoliczność jakiegoś deszczu lub dopiero jesienią.
Zima i późna jesień to jest dla mnie czas na życie w najlepszym znaczeniu. Fakt, konieczność ubierania się na cebulkę nie wymaga idealnej figury, co jest niewątpliwą zaletą sytuacji, ale najbardziej na korzyść zimna przemawia to, że mogę wtedy swobodnie oddychać nie pocąc się jak prosiak. Głowa nie boli, nogi nie puchną, serce nie wali jak przed zawałem. Zima to jest to. Niestety mamy lato, a że na emigrację na Islandię się u mnie nie zanosi, to muszę sobie radzić w polskich warunkach jak umiem.
Z pomocą przychodzą lody. Po prawdzie jem je cały rok, ale dopiero w sezonie mam dostęp do tych naprawdę dobrych - manufakturowych z naturalnych składników i o obłędnych smakach. W moim mieście na szczęście jest kilka świetnych kawiarni ze znakomitymi lodami, a ja jestem ich stałym bywalcem, ewentualnie wysyłam śmiałków po porcje na wynos. Tak czy inaczej, zawsze wybieram mniej kaloryczne sorbety, bo bym się nie zmieściła w żaden sweter.
Lody (oraz bezy) to moja słabość, więc gdy Royal podał kolory do kolejnej kalendarzowej inspiracji - lato, od razu na myśl przyszedł mi ten zimny przysmak.