środa, 22 lutego 2017

Samba in Rio, kolczyki

Karnawał w Rio to dla mnie bardzo odległe klimaty, mało tańczę, nie lubię skąpych strojów i źle się czuję podczas upałów, ale lubię rodzime tradycje i chętnie biorę udział w balach przebierańców. Kilka razy bawiliśmy się ze znajomymi w klimatach bajek jako Maryna i Janosik oraz w świecie dzikiego zachodu, jako barman i ekhm... burdelmama. Nijak ma się to do ognistej samby, to fakt, ale zabawa była nie gorsza i chętnie bym to powtórzyła :)

Gdybym miała powiedzieć, co mi się najbardziej kojarzy z tym egzotycznym karnawałem, odparłabym, że temperamentne tancerki, tych natomiast nie wyobrażam sobie bez piór. Dlatego wykonałam kolczyki z pięknymi, czerwonymi piórkami, które przy każdym ruchu tańczą wraz ze swoimi właścicielkami.


Pióra to coś nowego w moim warsztacie, jakoś dotychczas nie miałam na nie pomysłu, ale przyznać muszę, że chociaż nie pracowało się z nim łatwo, to w towarzystwie koralików, wyglądają świetnie.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Muminek, broszka

Muminki były jedną z moich ulubionych bajek z dzieciństwa i nie mam tu na myśli kreskówek z telewizji, bo tej przez długi czas nie mieliśmy, mówię o książkach - tych mieliśmy zawsze dużo. I pewnie dlatego zabrakło pieniędzy na telewizor ;) Nie postrzegałam tego jednak w kategoriach traumy z dzieciństwa, tv mogłam obejrzeć u dziadków lub licznych cioć, w domu miałam więcej czasu na czytanie i inne zabawy.  

Wracając do bohatera tego wpisu, moją pierwszą muminkową książką były "Pamiętniki Tatusia Muminka", które prawie się rozpadły od częstego czytania. Wówczas te serie nie były aż tak popularne, jak teraz, spopularyzowały się dopiero wraz z powstaniem kreskówek o przygodach tych sympatycznych stworzeń. Teraz wszyscy kochają Muminki. Gdy zobaczyłam temat Royalowego konkursu - "Bajkowe inspiracje z zimą w tle"- wiedziałam, że lepszej okazji nie będzie, by zrobić coś tak nietypowego, jak Muminkowa broszka.

Urzekła mnie też "Zima Muminków", dość nietypowa, bo Muminki zapadają w sen zimowy, zatem spodziewać by się należało raczej jakiegoś spin-offu z Małą Mi i resztą kompanii, niż sunącego przez śnieżne zaspy Muminka. Na szczęście Tove Jansson pokonała tę niedogodność, wybudzając Muminka ze snu. Co się działo dalej, możecie doczytać lub obejrzeć. Tak czy inaczej, pomyślałam, że przyda się mojemu bohaterowi coś ciepłego w tych nietypowych okolicznościach przyrody i zrobiłam mu szalik i rękawiczki.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rustic, broszka

Ostatnio jest mi podwójnie wstyd w kwestii koralikowej. Po pierwsze, zaniedbuję bloga, po drugie robię zawstydzająco małą ilość broszek, a przecież uwielbiam te ozdoby. Niejako na przeprosiny, zrobiłam tę oto broszkę.
Broszka jest prosta i skromna (jak na mnie), jest też duża (6 cm średnicy), ale idealnie pasuje do wielgachnego swetra, na którym każda ozdoba znika w splotach włóczki. Naprawdę trudno taki typ odzieży przyozdobić czymkolwiek, nie licząc chomąta ;)

Centrum broszki to kaboszon z pracowni Artlantydy, odrobinę nierówny, dlatego trudno mi się go oplatało, ale przepięknie szkliwiony.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Blue Tree, naszyjnik i bransoletka

Witajcie w 2017! Nie zastanawiałam się długo co wybrać na pierwszy wpis tego roku, bo nic innego poza tym kompletem nie mam. Być może wraz z wydłużającym się dniem, będę miała więcej okazji do koralikowania i pokażę jakieś nowości. Na razie jednak ciemno i nieprzyjaźnie dla oczu, więc odpuszczam.

Supełkowa biżuteria chodziła za mną od naprawdę dawna, zbierałam więc wytrwale potrzebne materiały i wreszcie wysupełkowałam mały komplet tylko dla mnie. 

W listopadzie, w ramach prezentu za zajęcie II miejsca w konkursie, Korallo przysłało mi komplet srebrnej biżuterii. Bardzo się ucieszyłam, bo był z moim ulubionym motywem drzewa i na dodatek ze srebra. Zawieszka nie miała nośnika, a bransoletka była z perełkami, co stanowiło problem w noszeniu, dlatego przerobiłam ten śliczny komplet na coś, co będę zakładać często i z przyjemnością.

czwartek, 22 grudnia 2016

Christmas Bell, zawieszka na choinkę

W tym roku u mnie skromnie, nad wyraz skromnie bym rzekła, bo aż jedna nowa zawieszka. A miało być co najmniej pięć. Tak bywa, gdy człowiek, kobieta nawet, postanawia skupić się na przyziemnych sprawach takich jak jedzenie. Otóż w tym roku, wzorem lansowanych w mediach gospodyń domowych, postanowiłam przyłożyć się do kwestii doczesnych i nagotować tyle żarcia, że nikt tego przed upływem terminu przydatności do spożycia nie przeje. Jak na prawdziwą żonę Polkę przystało. Podeszłam do tematu ambicjonalnie, bo raz, że Martha Stewart, a dwa, że teściowa, dlatego nie mam zamiaru dopuścić do sytuacji, w której mąż będzie nienajedzony. Ma być przejedzony, zgodnie z tradycją. Tak że ten, rozumiecie chyba, że na ozdoby choinkowe nie miałam czasu, będą zeszłoroczne i chińskie, plus jeden nowy dzwoneczek.
Za to mąż będzie nażarty nie na żarty i każdy, kto nas w święta odwiedzi. Będę bezlitosna ;))

Dzwoneczek wykonałam według tego samego szablonu co dwa lata temu. Swoją drogą, jestem zaskoczona różnicą w obu dzwonkach. Mam duży sentyment do tamtych ozdób, ale dopiero teraz widzę, jak są niedoskonałe. Nie bez kozery mówią, że praktyka czyni mistrza (którym wcale się nie czuję, chociaż widzę postępy).

Czerwony dzwoneczek wyhaftowałam koralikami Toho, Preciosa i kryształkami bicone oraz fire polish.

Jednym słowem, dałam się ponieść fantazji i szyłam, jak igła niosła.


Ozdoba jest usztywniona tekturą, by nie falowała na choince ;)

Tył podszyłam czerwoną skórą naturalną.

Całość "dynda" na rzemyku, który chyba najlepiej się sprawdza w roli nośnika. Z tego też powodu zapewne wymienię łańcuszki w starych ozdobach.


Jak widać, zamieniłam niebieskości na czerwień, a to dlatego, że na naszym drzewku choinkowym panuje swoboda obyczajów, żeby nie powiedzieć bombkowa anarchia. Chciałam nieco złagodzić dysonans i do tego potrzebna mi była czerwona zawieszka, ot cała tajemnica :)

Pozostaje mi tylko kupić choinkę, ale to już zadanie bluefairy'owego męża, ja tu tylko gotuję ;)

Życzę Wam wszystkim wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Na wypadek, gdybym utknęła w garach przed Sylwestrem i nie zdążyła zrobić stosownego wpisu, życzę Wam też:

Szczęśliwego Nowego Roku i udanego Sylwestra!

A u Was jak z przygotowaniami? Wszystko zaplanowane czy pełna improwizacja?

***
PS. Dzwoneczek niespodziewanie wpasowuje się w aktualne wyzwanie Szuflady, dlatego z przyjemnością go zgłaszam.


czwartek, 15 grudnia 2016

Obrus

Wiem, że to blog o rzeczach z koralików, a ten twór niewiele ma z nimi wspólnego, od czasu do czasu, w sumie dość rzadko, trafiają tu inne rzeczy. W końcu to koralikowe opowieści i nie tylko. Ta opowieść zaczęła się bardzo dawno temu, w dniu, w którym po raz pierwszy trafił w moje ręce magazyn ze wzorami na serwety. Przepadłam. A że byłam wówczas marnie sytuowaną licealistką, to chwilę mi zajęło uzbieranie na kordonek. Zrobiłam wtedy niewielką serwetkę, bo od czegoś trzeba zacząć. Potem było kilka bieżników, mniej lub bardziej udanych, zazdrostki, a nawet spódnica. Pewnego dnia uznałam, że moje otoczenie wygląda jak wyjęte z Domku na Prerii, lub Zielonego Wzgórza, czyli niedzisiejszo. Wtedy przystopowałam z przystrajaniem powierzchni płaskich i zajęłam się misiami, swetrami itp.

Przeglądając ostatnio te stare obrusy, bo jakoś ciężko mi się z nimi rozstać, pomimo dziur i przetrać, doszłam do wniosku, że bokiem mi wychodzi ta cała nowoczesność i wszechobecna (również  w moim domu) IKEA. Postanowiłam wydziergać obrus na ławę. Wybrałam "nowoczesny" wzór, więc preria mi nie grozi.

Moje samozadowolenie jest połowiczne, bo oczywiście jestem z siebie dumna, że udało mi się skończyć tak duży projekt i wytrzymać ponad miesiąc bez koralików, jednak efekt nie do końca mi opowiada, ale o tym za chwilę.


Bardzo mi się podoba szary kolor, który wybrałam, nie mam co do niego żadnych zastrzeżeń, wzór również uważam za udany. Niestety zdecydowałam się na inną włóczkę niż zalecana i to był fatalny w skutkach błąd. 


Wzór pochodzi z magazynu Anna - Burda Polska z lutego 1998 roku, w jego opisie sugerują kordonek DMC Cebelia nr 5, którego nigdzie nie mogłam dostać. Były inne rozmiary, ale nic w szarościach. Ponadto, nie miałam pojęcia, jak drogi jest to materiał! Od początku wiedziałam, że muszę rozszerzyć wzór, więc zamiast sugerowanych 550 gramów, zrobi się 700, a to oznacza, że nie wystarczy mi 250 zł. Jakiś obłęd. Przecież, za każdym razem, jak ktoś by mi poplamił te ćwierć tysiąca (nie licząc kolejnego za 40 dni mojej pracy), to bym doznawała wylewu, apopleksji, zawału, migreny i otwartego złamania, jednocześnie.


Dlatego wybrałam wersję łaskawszą dla portfela i mojej historii medycznej, i kupiłam poliestrowe nici Koral 10. Na początku przeszkadzała mi ich śliskość, ale po jakimś czasie nawet ją polubiłam, bardzo spodobał mi się też kolor, szarosrebrny z delikatnym, perłowym połyskiem.


I wszystko szło wzorowo, wymierzyłam ławę, wymierzyłam gotowe pasy (obrus składa się z 3 zszytych pasów) i leżało jak ulał. Rozprasowałam, zszyłam i przestało pasować. Noż by go. A potem się okazało, że jednak nie rozprasowałam. Tego kordonka nie da się trwale i estetycznie wyprasować, faluje się łajza, jak tylko położę go na ławę. Nie próbowałam tylko krochmalenia, bo mam małe obawy, czy poliester powinno się usztywniać.

Wyciągnęłam z tego ceną lekcję, że nie ma co oszczędzać na materiale i że poliester nie nadaje się na taki obrus. Podejrzewam, że na okrągły, do owalnego stolika, nadawałby się idealnie, bo jest lejący i ciężki, ale tu, kompletny niewypał. No cóż, gościom będę wmawiać, że tak miało być ;)

Włożyłam w niego dużo pracy, niemal 40 dni, jest dość duży 150 x 60, chociaż zmienia rozmiar w zależności od tego, jak i gdzie się go dotknie ;) Być może po Nowym Roku dodziergam mu po kwadracie na długość, niestety wiąże się to z pruciem, a na to nie mam teraz siły.

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Mistery, kolczyki

Jeśli na blogu pojawia się wpis z takimi kolczykami, oznacza to ni mniej ni więcej, że nie mam nic nowego do pokazania. Brak nowych prac jest wynikiem czasowego odstawienia koralików na rzecz szydełka i niebezpiecznie się przedłuża, pozbawiając mnie treści na bloga. Niestety rzeczy do ogarnięcia w domu mam zawsze tyle, że szydełkuję wieczorami, myląc oczka ze zmęczenia, a gdzie tu jeszcze wcisnąć koraliki - życie! Mam jednak nadzieję, że wreszcie uda mi się skończyć obrus na ławę i szybko wrócę do pokrytych kurzem koralików, w końcu ozdoby na choinkę same się nie zrobią. Obiecałam sobie, że co roku na naszej choince pojawi się nowa zawieszka, wypierając chińską bombkę, więc muszę się wywiązać ze zobowiązania.

Te kolczyki to model, który już wielokrotnie gościł na blogu (tu, tu, tu), ta para jest jednak szczególna, bo kryje się za nią tajemnica. Otóż zrobiłam je i... zgubiłam. Jako że nie noszę kolczyków, nie spadły mi z ucha, ale wyparowały w trudny do zrozumienia sposób. Przeszukałam cały dom i nic, najprawdopodobniej zostały omyłkowo wyrzucone do śmieci, bo inne rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy. No cóż, dołączyły do niezliczonej ilości łyżeczek i innych drobnych przedmiotów, które dematerializują się w moim domu ;)


Oczko to czarne szkiełka z ładnym szlifem, najprawdopodobniej chińskie.


Mała kuleczka u podstawy, to również szkło.


Kolczyki mają (a raczej miały) bardzo długi łańcuszek w kolorze ciemnego srebra.


Zapięcie angielskie w kolorze łańcuszka.


Użyłam koralików miyuki tarnished silver i toho 15o Nickel,

Mimo wszystko mam nadzieję, że ich tajemnica się rozwiąże.

Bardzo wam dziękuję, że do mnie zaglądacie i zostawiacie po sobie znak w postaci komentarzy, i w związku z tym chciałam coś ogłosić. W ostatnim roku nie robiłam żadnych candy ani rozdań, głównie dlatego, że to spora odpowiedzialność dla mnie i nie mniejszy kłopot z wytypowaniem zwycięzcy, nie znaczy to jednak, że nie mam ochoty od czasu do czasu podarować komuś prezentowanej na blogu biżuterii. Właściwie już podarowałam, przedświątecznie, w podziękowaniu za przemiłe komentarze. Basia podzieliła się tym faktem na swoim blogu. Od tej pory będę nagradzała wytrwałych komentatorów za słowa, które mnie ujmą. Nie wiem jak często, nie mam pojęcia kiedy następnym razem, ale wiem, że ocena będzie subiektywna, w grę nie wchodzi losowanie. Oczywiście o swoim wyborze poinformuję zwycięzcę i jeśli nie zechce przyjąć wygranej, przekażę ją komuś innemu. Tym sposobem chciałbym Was zachęcić do komentowania, nie wychwalania pod niebiosa mojej twórczości, ale dzielenia się swoimi spostrzeżeniami i wrażeniami, co w konsekwencji pozwoli mi pracować nad sobą i rozwijać się w określonym kierunku. 

Pozdrawiam ciepło.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...